Linka wstydu?

Linka treningowa. Zaczepia się o pień każdego drzewa. Zawisa na gałęziach krzewów. Plącze się pod nogami mijanych po drodze ludzi. Bywa, że zahacza o łapy ich czworonogów. Jest ciężka i niewygodna w obsłudze. Obciera ręce i kostki. Najgorsze jednak jest to, że rzuca się w oczy. Przyciąga spojrzenia, niczym magnes, a trzeba Wam wiedzieć, że nie są one miłe. Przeciwnie. Promieniuje z nich przytłaczające poczucie wyższości okraszone sporą dozą politowania. Taka mieszanka sprawia, że przewodnik olinowanego zwierza zapomina nie tylko o czerpaniu przyjemności ze spaceru, ale nawet o tym, z jakim zamiarem szkoleniowym udał się w teren. Jedyne, o czym myśli, to jakby tu szybko i skuteczne zapaść się pod ziemię ze wstydu.

LINKA

Przyznajcie się, kto z Was przeżył to na własnej skórze? Ja przeżyłam. Raz.

Nie, wcale nie dlatego, że linka treningowa była w użyciu tak krótko, że tylko jeden jedyny raz o mało nie zabiłam się na oczach licznej publiki podczas stosowania tego jakże wyrafinowanego narzędzia psychicznych tortur. Linkę stosowałam bowiem na tyle długo, że zdążyła mi ona zostawić na pamiątkę bolące dłonie i kilka blizn na kostkach. Nie udało się jej jednak zostawić trwałych śladów na mojej psychice, szybko bowiem zdołałam zrozumieć, że tak naprawdę nie ma się czego wstydzić. Zgodnie z zasadą, że praca nie hańbi. Szczególnie taka, która przynosi pożądane skutki.

lineczkaSęk w tym, że aby pracować, najpierw trzeba dostrzec problem, co wcale nie jest takie łatwe i oczywiste, jak mogłoby się wydawać. O tym, że kwestia ciągnącego się za linką wstydu jest związana właśnie z nieświadomością oraz trudem zaakceptowania niewygodnej prawdy przekonuję właściwie podczas każdego spaceru. Znamienne jest to, że pamiętam, kiedy ostatni raz spotkałam psa, który mógł być odwołany ode mnie i moich burków komendą słowną. Za to dość często zdarza mi się mieć do czynienia z czworonogami, które wymagają wzięcia pod pachę lub zapięcia na smycz. Ich właściciele wcale nie czują się z tego powodu źle – więcej nawet, zaskakująco często sugerują, że mam nie po kolei w głowie, skoro nie życzę sobie kontaktu z ich cudownymi, psimi dziećmi.

Wierzcie mi, praca z psem pod kątem codziennego posłuszeństwa nie jest wcale tak powszechnym zjawiskiem, jak być powinna. W miejskich parkach można spotkać rzesze ludzi, żyjących w przeświadczeniu, że ich futra to istoty będące zbiorem niezliczonych zalet. Zwykle sprowadza to stwierdzenia, że pies nie musi być szkolony, bo sam z siebie doskonale rozumie wszystkie pragnienia swojego właściciela i świetnie wie, jak być grzecznym, ułożonym stworzeniem, idealnie funkcjonującym w miejskim środowisku, które “na pewno nic nie zrobi”. Czar pryska, gdy na horyzoncie pojawia się inny pies, wiewiórka lub gołąb. Albo, w ogóle, cokolwiek. Mimo to, właściciel takiego pieska trwa w przekonaniu o tym, że smycz jest narzędziem zbędnym, wszak po parku spaceruje wraz z nim ideał posłuszeństwa. Dla niego czar jest wieczny. W związku z powyższym, czuje się uprawniony do posyłania pogardliwych spojrzeń wszystkim tym, którym się nie udało. Gotów jest dawać rady, na lewo i prawo udzielać pouczeń.

Jakże niesłusznie!

Nie trzeba wstydzić się tego, że dostrzega się problemy szkoleniowe swojego czworonoga i konsekwentnie pracuje nad ich rozwiązaniem. Nie warto. W nagłej, kryzysowej sytuacji każdy bowiem może liczyć wyłącznie na siebie. I to, co udało mu się ze swoim psem wypracować.

Ja, kiedy na spacerze widzę psa na lince dostrzegam przede wszystkim stojącego za nim, odpowiedzialnego człowieka. A Ty?

  52 komentarze do tekstu: „Linka wstydu?

  1. 20 listopada 2015 at 09:55

    Moim zdaniem dla wielu osób to wygoda a nie potrzeba kontroli. Znam ludzi, którzy przez własną niewiedzę albo tragicznych szkoleniowców zawalili przywołanie i zwyczajnie nie chce im się tego naprawiać. I nie mówię tutaj o rasach, które lubią sobie pójść w długą, mówię np. o wszelkich owczarkowatych, retriverach.
    Szkoleniowiec, jak nie działa przywołanie, radzi kupić długaśną linę i po kłopocie. Jak nie da się psa utrzymać to trzeba założyć mu zacisk albo kolce i dłonie już nie bolą.
    W wielu wypadkach patrzę na linkę nie jak na zawór bezpieczeństwa tylko wygodnictwo laików i obrazek od bardzo, bardzo słabych szkoleniowców.

    • 20 listopada 2015 at 10:00

      może przytoczę sytuacje z mojego osiedla:
      – starsza pani z owczarkiem niemieckim chodziła do szkoleniowca, który za szczeniaka kazał przywołać owczarka raz, a jak nie przyjdzie to przyjść do niego i spuścić mu lanie- smyczą, butem, obojętnie. Pani nie przeszkadzał fakt, że pies sika pod siebie
      – pan z labradorem, na szkoleniu chciał ,zeby pies był „cięty” i nie do ludzi tak więc przez pierwszy rok szkoleniowiec radził żeby nie spuszczać go z kolczatki
      – pani z collie- miła osoba, ale bez doświadczenia. Szkoleniowiec nakręcał nadpobudliwego psa wszystkimi dostępnymi sposobami (szkolenie oby w 3 miesiącu na rynku, aporty do nieskończoności) , szczeniak szybko zrobił się ultra aktywny. Na „głuchotę” szczeniaczka zaradziła linkę, żadnej informacji o tym, jak sobie z tym radzić. Na ciągnięcie na smyczy poleciła dla szczeniaka kantar.
      Już widzisz o co mi chodzi? 😀

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        20 listopada 2015 at 14:46

        Wiadomo, że każdego narzędzia szkoleniowego trzeba umieć odpowiednio używać, aby przynosiło ono efekty i na pewno zgadzam się z Tobą w tej kwestii, że jest dużo osób, które zostały źle nauczone tego przez niekompetentnych trenerów, przez co stosują narzędzia szkoleniowe w sposób, który przynosi więcej szkody niż pożytku. Mimo wszystko jednak mam dla takich właścicieli psów szacunek, bo nie zamiatają problemu pod dywan, nie przymykają oczu, tylko widzą, że jest jakiś kłopot, któremu trzeba przeciwdziałać. To naprawdę dużo – zdecydowanie więcej niż moja bieżąca średnia spacerowa, jeżeli mam być szczera. 😉
        Myślę, że z takimi osobami warto życzliwie rozmawiać i polecać im kompetentnych szkoleniowców. Ktoś, kto nie siedzi mocno w kynologii, ale po prostu chce mieć w miarę ułożonego życiowo burka naprawdę może mieć problem z rozpoznaniem, kiedy trener gada bzdury, a kiedy rzeczywiście zna się na rzeczy.

      • Anonim
        20 listopada 2015 at 16:16

        Mnie najbardziej ubawiła linka, którą polecono mi przy szkoleniu mojego młodego doga niemieckiego… Dwa razy dosłownie udało mnie się ujść z życiem, za trzecim razem poleciał sam szkoleniowiec (poszła noga 🙁 )… i tak zakończyła się przygoda z linką. Na szczęście są inne metody szkoleniowe i generalnie należy szukać mądrego szkoleniowca. Na dzień dzisiejszy nie mam najmniejszego problemu z natychmiastowym odwołaniem psa. 😀 powiem tak: do sukcesu potrzeba DOBREGO szkoleniowca, który wie jak psa ogarnąć, dużo, bardzo dużo pracy i zaparcia, no i sporo pieniążków… Ale liczy się sukces tej całej roboty – posłuszny pies 😀

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        22 listopada 2015 at 16:41

        Muszę przyznać, że bardzo podziwiam ludzi, którym udaje się doprowadzić do proządku tak duże, masywne psy jak dogi niemieckie, czy nowofunlandy – to jest w ogóle inna kategoria szkolenia, bo jednak niektórych metod po prostu nie sposób z nimi zastosować, ze względu na wagę psa. Bo co mi da to, że zwierzak jest na lince, skoro waży 30 kg więcej ode mnie i może ze mną na drugim końcu linki zrobić cokolwiek zechce, jeżeli tylko się uprze? Gratuluję Ci serdecznie wychowawczego sukcesu – to jest naprawdę COŚ! 🙂

      • 20 listopada 2015 at 20:17

        pytanie po co i dlaczego takie osoby nazywają siebie szkoleniowcami i skąd biorą chętnych. Nawet będąc laikiem powinna zaświecić się lamka alarmowa na coraz gorsze zachowanie psa, na krzywdzenie go od szczeniaka itd.
        Oczywiście w innych przypadkach, głównie psów myśliwskich, pierwotnych czy terierów linka to zbawienie… ale niekoniecznie przyczepiona do kolczatki, co też już widziałam -_-

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        22 listopada 2015 at 16:49

        Wydaje mi się, że to kwestia autorytetu w osobie szkoleniowca, kogoś, kto układaniem psów zarabia na życie, któremu trudno jest zaprzeczyć. Druga sprawa to brak regulacji prawnych dotyczących tego, kto może a kto nie może nazwyać się trenerem psów. Ogólnie, wydaje mi się, że jest to szersza kwestia dotycząca raczej psychologii, niż kynologii. 😉
        Przyczepianie linki do obroży (Jakiejkolwiek! A co dopiero kolacztki.)… 🙁

  2. 20 listopada 2015 at 09:58

    Bardzo celnie napisane. Ja spotykałam się z ostracyzmem psiarzy z uwagi na linkę głównie ze strony albo ludzi posiadających teriery, które miały ich głęboko w poważaniu, albo tych, którzy mieli np. nastawione na człowieka i nie wyobrażające sobie braku jego obecności psy (choćby niektóre owczary). Linkę mam, też 20-metrową, też pozostawiła blizny (głównie jednak na nogach). I nie sprawdziły się teorie, według których pies puszczony z linki miał frunąć z daleka ode mnie i w ogóle zapomnieć całego posłuszeństwa. Wręcz odwrotnie – linka dala szansę na wypracowanie takich zachowań u półrocznego już, niezależnego i nienauczonego posłuszeństwa człowiekowi teriera, które teraz, gdy biega zupełnie luzem, pozwalają nam mieć nad nim kontrolę. A mimo to w niektórych, obcych nam czy specyficznych miejscach linka nadal jest w użytku. Ale wiem, że pozwoliła nam na to, że teraz Małego Białego w wielu miejscach możemy puścić luzem, po ocenie ich bezpieczeństwa i tego, jaki pies akurat ma dzień. Także – popieram zdecydowanie.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2015 at 14:48

      A dziękuję. Cieszę się, że tekst się spodobał. 🙂
      Myślę, że sporym problemem linki jest też to, jak bardzo jest niewygodna i dla człowieka i dla psa. Nie czarujmy się, mało kto ma tyle cierpliwości co Ty na konsekwentną, długofalową pracę z liną.

  3. 20 listopada 2015 at 10:02

    Linka wstydu? Nie znałam tego pojęcia, pewnie dlatego, że w życiu nie przyszłoby mi do głowy że to coś, czego można się wstydzić. Ale za to typy psiarzy, które tu przedstawiłaś są mi doskonale znane. Pewna pani bardzo długo wmawiała mi, że męczę swojego pieska prowadząc na smyczy i żebym spuściła, bo uwaga SUKI NIE UCIEKAJĄ! Nie wiem, czy się śmiać czy płakać. Dobry tekst, pozdrawiam 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2015 at 14:42

      To o sukach to zdecydowanie muszę powiedzieć Tytanii, jak się jej znowu zepsuje przywołanie. Może ruda wreszcie zrozumie swoje błędy. 😛

  4. Iza i Chakra
    20 listopada 2015 at 10:13

    Dla mnie większym wstydem jest, jak właściciel puszcza psa bez smyczy, a pies go olewa i zupełnie nie ma nad nim kontroli. U nas przywołanie ogólnie nie jest złe, ale mimo wszystko czasem stosuję linkę w miejscach z dużą ilością rozproszeń np. na plaży i nigdy się tego nie wstydziłam.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2015 at 14:41

      Dla mnie również, ale zdecydowanie większość ludzi nie podziela naszych poglądów w tej kwestii – po parkach spaceruje zatrwarzająca liczba psów, które mają swoich właścicieli pod ogonem. 🙁

  5. 20 listopada 2015 at 11:37

    Nigdy nie czułam się jakoś nie zręcznie z tego powodu, że Donner chodzi na lince treningowej nawet po lesie. Ostatnio zaczynam w bezpiecznych momentach puszczać go, pozwalając by lina ciągnęła się za nim żyjąc własnym życiem, ćwicząc przywołania kiedy nauczona ‚bezpieczna’ odległość linki jest przekroczona, ale nie mam z tym problemu. Bardzo też cieszę się kiedy widzę innych właścicieli psów z psiakami na linkach w lesie. Nie ważne czy pies go słucha czynie, ważne że właściciel jest odpowiedzialny i nie puszcza psa „żeby się wybiegał za sarnami”. Mimo, że sama wielokrotnie doznałam niemal odpiłowania nogi, czy ręki przez linkę uważam, że jest to bardzo dobre rozwiązanie. Nawet dla bezpieczeństwa naszego psa, bo nigdy nie mamy pewności, że ten zając, który nie wybiegnie przed nami, nie spowoduje pogoni, albo coś nie spłoszy psa i w akcie paniki zniknie nam z oczu.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2015 at 14:39

      Lasy w ogóle osobna sprawa, bo zgodnie z prawem wszystkie psy powinny spacerować na terenach leśnych na smyczy – linka jest w takim przypadku świetnym rozwiązaniem. Jednocześnie nie ma co ukrywać, że lasy lasom nierówne – są takie, gdzie rzeczywiście zwierzyna może wyskoczyć psu przed nosem, a wtedy mało który się oprze, jednak są i takie, które funkcjonują na zasadzie miejskich parków, a dzikie zwierzęta dawno przepłoszyli spacerowicze i młodzież pijąca pod chmurką.

  6. 20 listopada 2015 at 12:45

    Polecam zamiast linki nylonową taśmę. Może jest bardziej widoczna, ale ma też sporo zalet. Jest lekka, łatwo ją można umyć i przede wszystkim nie kaleczy rąk i nóg 😉

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2015 at 14:37

      Taśma to, moim zdaniem, akurat słaba opcja, bo bardzo trudno skutecznie przydepnąć ją butem i rzeczywiście zatrzymać w ten sposób psa, gdyby coś się działo, a pies zdecydował, że podejmuję nie słuszną decyzję, tylko tę drugą. Bardzo mi się natomiast podobają linki z Biothane, świetnie leżą w ręku, są widoczne, nie brudzą się i nie ślizgają.

      • Werovita
        21 listopada 2015 at 13:44

        Z tym, że taśma ma więcej wad się nie zgodzę. Używałam i tego i tego, i: taśma nie zostawi takich ran, można nią przytrzymać psa, gdy trzeba go koniecznie zebrać i trzymać w małej odległości a on przez jakiś boziec zapomni o przywołaniu, łatwiej ją odplątać od innej taśmy, gdy spacerujemy z kimś w dwa psy, według mnie o wiele łatwiej ją skutecznie przydepnąć, nie ślizgają się tak zamoczone w wodzie i podsumowując, moim zdaniem łatwiej z nią rzeczywiście pracować z czworonogiem. 🙂

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        22 listopada 2015 at 16:39

        Ja obecnie stałam się wielką fanką linek Biothane – są cudowne w użytkowaniu, ale, niestety, dość drogie, chociaż uważam, że warto w takie cudo zainwestować. Naprawdę świetnie się sprawdza i podczas tropienia i w czasie naszych sesji z frisbee, mających na celu wypracowanie przynoszenia aportu.

  7. Kasia Bernat
    20 listopada 2015 at 13:59

    Podziwiam, ja linki uzylam raz. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatke, wiec zaczelam puszczac Kave ze smyczy tylko tam gdzie jej w miare ufam. Jutro wyjazd na plaze i mysle czy wziasc linke czy sie stresowac ze Kava moze nagle stwierdzic ze ma mnie daleko i pobiec pomeczyc jakiegos psa… chyba jednak linka, musze sie przyzwyczaic do bycia dziwaczka… 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2015 at 14:35

      Wydaje mi się, że lepiej przemęczyć się z linką, ale jednak w ostatecznym rozrachunku uzyskać psa, któremu można zaufać w każdej sytuacji. Wiem, że to okropnie niewygodne narzędzie, ale naprawdę warto – a ludzie niech sobie myślą co chcą. 🙂

  8. Kasia
    20 listopada 2015 at 16:42

    Pamiętam te spojrzenia pogardy mówiące ‚Golden i na lince’? Przecież ‚pies z reklamy’ z natury powinien być posłuszny i robić to co mu każę – coś w tym stylu uslyszalam od Pani w parku. Było mi głupio, ale tylko przez chwilę. Dziś, kiedy mam psa, który zawsze obserwuje gdzie jestem, przychodzi odwołany (tylko) słownie i potrafiący się dla mnie oderwać od zabawy z psami, myślę sobie, że linka to był najlepszy pomysł na jaki wpadłam. A pani z parku ostatnio nadal łapała swojego psa z pomiędzy kłębowiska bawiących się futer, kiedy my byłyśmy już w połowie drogi do domu;)

    Linka jest w użyciu nadal, na każdym spacerze w lesie lub tam gdzie istnieje duża szansa na spotkanie zwierzyny – kiedyś wypracujemy i to, ale lepiej ‚dmuchać na zimne’. Pozdrawiamy i gratulujemy kolejnego świetnego wpisu:)

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:43

      Właściciele goldenów i labradorów to chyba w ogóle mają w życiu trochę pod górkę, bo każdemu się wydaje, że to takie sympatyczne, absolutnie przyjazne i z natury grzeczne pieski. 😉

  9. 20 listopada 2015 at 16:49

    Już od dłuższego czasu ćwiczę się w olewaniu tego, co sobie inni myślą. I tak mają mnie za wariatkę bez kontaktu ze światem, bo gadam do psa (stop, chodź, idziemy, a-a, okej, dobrze, lewo, prawa…), a zamiast wyjść jak człowiek na spacer, to piszczę, niuniam, napycham smakami i wymagam jakichś dziwnych rzeczy, a do tego zachowuję się w sposób nieakceptowalny społecznie, bo nie pozwalam dotknąć psa bez grzecznego pytania „czy można”. Mam może czasem problem z innymi psiarzami, bo wciąż mam za małe kompetencje, żeby uczciwie olać słowa kogoś, kto dłużej/mocniej siedzi w kynologii niż ja, a często jednak zdarza się pieprzenie głupot, ale to szczegół.
    Linki nie mam, ale planuję. Była, zaginęła, trudno się mówi, idzie się do budowlanego (albo do jeździeckiego, po lonżę). Ale potrzebuję, żeby zablokować Szili pasienie, bez całkowitego blokowania kontaktu z dziećmi i popracować nad niepoukładanym stosunkiem do saren.
    I nigdy nie przyszło mi do głowy uśmiechać się z wyższością na widok kogoś z psem na lince. Przeciwnie, szczerze się wtedy całą gębą, bo to miło widzie kogoś, komu zależy lub chociaż ma tyle wyobraźni, żeby wziąć odpowiedzialność za psa.

    Polska język taka trudna, ale nie mam siły już tego poprawiać – mam nadzieję, że jest zrozumiale.

    • 20 listopada 2015 at 21:01

      bardzo dobry komentarz.

    • 22 listopada 2015 at 12:18

      Świetny komentarz. Mimo że moja pewność siebie stoi na bardzo niskim poziomie, też staram się olewać te dziwne spojrzenia, gdy nagradzam mojego psa za dobrze wykonaną komendę, mówię do niego i gdy oboje nie reagujemy na zaczepki cmokających przechodniów. Wychodzi to na dobre zarówno mnie, jak i Gromitowi 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:44

      Też staram się ćwiczyć trudną sztukę olewingu – przydaje mi się to szczególnie, bo chyba mam jakiś ukryty talent do przyciągania idiotów i praktycznie co spacer dowiaduję się o sobie czegoś nowego. Gdybym brała to wszystko do siebie wraz z pojawieniem się z moim życiu Gambita byłabym zmuszona popełnić samobójstwo. 😛

    • agnozja
      7 grudnia 2015 at 15:08

      Hej hej! Trafiłam dziś na blog i połknęłam w całości! Też jestem z Woli i mam psa 🙂 Każdy spacer połączony jest z ćwiczeniami – w roli linki: lina cumownicza z kilkoma supłami. Sierściuch jest wielkości labradora, waży około 40 kg a ulubioną jego zabawą jest ciągnięcie na smyczy 🙂 Na szczęście gadzina pojętną jest. Od pierwszego dnia, kiedy przywieźliśmy R. ze schroniska, zapewniliśmy i jemu, i nam lekcje z trenerką, A. A. spadła nam z nieba, bo szybko dokonała trafnych spostrzeżeń i dobrała metody poskromienia złośnika. I tu chcę przytoczyć dwie sytuacje: 1. ćwiczymy z R. spokojne reagowanie na przechodzące obok psy przy pomocy komendy do mnie (i wielkiemu wsparciu kiełbasek). Stanęliśmy sobie oboje (ja i R.) na trawniku, lina zawiązana supłem na nadgarstku plus przydepnięta mym butem. Gadam do młodzieńca, niuniam, gadam… nagródki się kończą powolutku i kątem oka cóż widzę? Że pani prowadząca pieska, a która zamierzała się z nami minąć… przystanęła… dwa kroki ode mnie i mojego psa! Piesek przy akompaniamencie „Och, jak pięknie pani ćwiczy, gdybym była młodsza też bym z moim tak ćwiczyła… ooo, a po co pani tak ta linę psu przyczepiła??” obsikiwał trawki dokoła mojego R. (na smyczy automat, z ewidentnie szwankującą blokadą; i głuchota na własną panią). Przerwałam pani stanowczo, ale przy zachowaniu pełnej kultury: „Proszę przejść dalej lub zawrócić, ćwiczę brak agresji u mojego psa” (w tym czasie R. już zaczął się rozpraszać, głuchnąć i ślepnąć na mnie, ale jeszcze kiełbasa była górą). W odpowiedzi usłyszałam: „Aaaa, to on agresywnyyyyyy! to trzeba za miastem ćwiczyć, a nie pod blokiem! (zaznaczam, że byłyśmy pod blokiem tylko my + nasze futrzaki) Inne psy nie mogą spokojnie się załaaaatwić (R. bardzo dzielnie znosił obecność drugiego psa, acz kosztowało go to sporo; i nie przeszkadzał zdecydowanie w obsikiwaniu drugiemu psu trawnika). Choć X, idziemy, bo TEN pies zaraz Cię pogryzie” (R. potrafi zabulgotać tak, że jeszcze mnie ciarki przechodzą, to fakt, ale w tym danym momencie miał w nosie drugiego psa i jego panią, a na każdym spacerze jest pod pełną kontrolą dwóch dorosłych osób)….. 2. ćwiczę z R. komendę równaj. Pies bardzo się stara, choć bodźców tych „posiedemnastej” sporo. R. siedzi przy lewej nodze, ja go nagradzam. Idziemy, pies obok. Widzę, że na pasach przechodzi dwóch młodych mężczyzn (specjalnie podaję wiek! około 35 lat, ubrani w skórzane kurtki + coś na kształt glanów) z piękną suką w typie bull (kolor: czarna; uszy… eh, podcięte). Idą w naszym kierunku., sunia na oko może z pół roku. Idzie nie spięta, spokojna. Na wszelki wypadek lekko skręcam między bloki, cały czas komenda równaj, więc pies klapie na dooopkę przy zatrzymaniu. I nagle słyszę: „Bierz go, bierz go!” – to „go” pod adresem mojego psa. Odeszłam szybko ze śmiechem dwóch idiotów za plecami. Na szczęście R. jest już w miarę karny, na szczęście zawsze mam tyle nagródek, ile trzeba, aby dotrzeć do klatki, na szczęście linę cumowniczą-smycz mam mocną. Na szczęście sunia zareagowała zbyt późno na „komendę”… Głupota ludzi nie zna granic…
      Się rozpisałam 🙂 reasumując: muszę jednak przyznać, że ludzie raczej z sympatią i zrozumieniem reagują na szkolenie i na prośby o przejście obok spokojnie, bez zaczepiania mnie i psa.
      Pozdrawiam – blog super!

  10. anonim
    20 listopada 2015 at 18:10

    Mi linka w żadnym wypadku nie kojarzy się ze wstydem, a wręcz przeciwnie, cieszę się że widzę ludzi z nimi. A widzę mało…

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:45

      Mnie również! Tak wiele widzę w parkach kompletnie nieodwoływalnych psów, że widok psa na lince napawa mnie prawdziwą nadzieją.

  11. 20 listopada 2015 at 19:50

    Nie używałam linki zbyt często, przez chwilę, gdy miałam problemy z Ru odwołaniem od pogoni myślałam nad nią, zamówiłam dość długą…po czym ludzie się na mnie wypięli i mnie oszukali. Na tą chwilę linki nie posiadam, ale na pewno jeśli zajdzie taka potrzeba to z nią wkroczę. Jestem za, a gdy widzę ludzia z psem na lince cieszę się, że szerzy się idea szkoleń 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:47

      Gdybyś jednak kiedyś potrzebowała i zdecydowała się linkę kupić to bardzo polecam tę 10-metrową z Biothane (jest dostępna w Zooplusie), bo naprawdę niesamowicie ułatwia życie, jeżeli porównać ją z taśmami, czy typowymi linami. Inna jakość użytkowania, serio. I na tropy też dobra. 😉

      • 26 listopada 2015 at 09:34

        Ona jest do tego bardzo śliczna! 🙂 Ale trochę szkoda wydawać kasę na linkę, której nie używam nigdzie :))

  12. 21 listopada 2015 at 00:07

    Ja baardzo podziwiam ludzi z psami na linkach. Serio. Wiele razy próbowałam wychodzić na spacery na lince, ale oprócz tego, żeby cały proceder jest bolesny dla dłoni, to nie przynosił efektów. Jeśli to by serio pomagało, to targałabym te 20 metrów na każdy spacer, ale u nas dużo lepiej sprawdziło się rozwiązywanie problemu „na około”, czyli wypracowaniem od podstaw komendą na przywołanie, praca nad zaufaniem i wieczny smrodek kiełbasek z kieszeni. Bo na lince Moro zachowywał się jak wór cnót – „nie widział” ani wiewiórek, ani kotów, ani dzieci niepewnie trzymających jedzenie.
    Życzę powodzenia (ale nie ironicznie – na prawdę życzę powodzenia ;)) w pracy z Tytanią! Skoro widzisz, że zmierzacie w dobrym kierunku, kontynuujcie! 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:54

      Jak wszystkiego, tak i linki trzeba umieć używać, aby korzystanie z niej przynosiło pożądane efekty. Linka to coś, co pozwala zablokować psa przed podjęciem złej decyzji (tu: o oddaleniu się od przewodnika lub zignorowaniu komendy) i skierować go w stronę decyzji, której przewodnik oczekuje (tu: właściwej reakcji na przywołanie). Niestety, nie wystarczy, że pies tylko chodzi na lince, którą przydeptujemy w razie pojawienia się na horyzoncie zwierzyny / innego psa / człowieka / cokolwiek (niepotrzebne skreślić). Na lince trzeba z psem ćwiczyć reakcję na komendy – w różnych miejscach, różnych rozproszeniach, etc.

  13. 21 listopada 2015 at 08:47

    Kiedyś spotkałam się z panem, który miał małego pieska (szczeniaka). Przypiął mu linkę i pies latał luzem. Podbiegał do każdego psa i do każdej osoby. Dobiegł również do nas. Zapytałam się po co temu psu linka skoro pan jej nie używa. Odpowiedział mi, że pies uczy się posłuszeństwa…. (a mój pies powinien nosić kaganiec, bo chcę by zabrał swojego psa od mojego…)

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:55

      Niestety, bywa, że kawełek sznura to zbyt skomplikowane narzędzie, żeby się je dało skutecznie zastosować. 😉

  14. Buraszynska
    21 listopada 2015 at 12:29

    W zyciu sie z czyms takim nie spotkalam, nie wiem co za geniusz wymyslil pojecie linki wstydu. Nikt nigdy na mnie krzywo sie nie spojrzal, ze pies jest na lince, wiekszosc w duchu raczej dziekuje ze pies nie lata luzem, widze to po twarzach. W nosie mam co inni mysla i nie mam problemu z wydarciem sie na kogos kto puszcza swojego psa luzem mimo ze ma nad nim zero kontroli, a potem jeszcze wciska mi ze moj pies burczy i powinien byc w kagancu. Ja wiem jakiego psa mam, bralam go z pelna swiadomoscia tego jaki wyrosnie, wiem ze linka jest jedynym wyjsciem, czemu ma byc mi wstyd za to ze biore odpowiedzialnosc za to co moj pies zrobi. 10 metrowa linka z biothanu zalatwia sprawe, nie parzy, nie placze sie, nie syfi sie.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:57

      Życie byłoby o wiele przyjemniejsze, gdyby wszyscy mieli do sprawy takie podejście, jak Ty, wierz mi.

  15. Ola
    21 listopada 2015 at 20:24

    Ja ostatnio nieco zmieniłam zdanie o lince. Nadal podoba mi się widok ludzi z psami na linkach, bo to oznacza że chcą zapewnić więcej swobody psom, które z jakiś powodów biegać luzem nie mogą. Ale jednocześnie nie sądzę, aby u większości z nich był to element przejściowy. Ja wymagam czegoś więcej od mojego psa, a może inaczej – jedną w podstaw dla mnie w jego życiu jest jak najwięcej wolności. Nie ważne, że ma ogromny instynkt myśliwski, że ucieka do wszystkiego co się rusza, że potrafi kompletnie mnie olewać kiedy coś wyczuje- dzisiaj na przykład idąc (akurat na smyczy) za zapachem w lesie kompletnie nie zauważył rodziców z dzieckiem na rowerze, a normalnie przynajmniej by się zatrzymał, spojrzał i zamerdał ogonkiem. Chodzi mi o to, że są momenty kiedy kompletnie traci mózg. Linka nauczyła go samej komendy na przywołanie, ale nie nauczy go odwołania w takich warunkach kiedy zwykle tracę z nim kontakt. Używałam linki, bo wiele osób ją polecało. Teraz w ogóle bym tego nie zrobiła, skoro to tylko niepotrzebny przyrząd w ręce. Całe szczęście, że już dość dawno trafiłam na osoby które powiedziały że linkę mam odpuścić. Emet dobrze wie, że bez linki może spieprzyć na kilometr bo i takie numery mi robił. Na lince odwołuje się od wszystkiego (chociaż kiedyś wykorzystywał swoją masę i zapierał się tak długo aż wypuściłam linkę z rąk). Praca na lince nie przełożyła się na zachowanie bez i z takim psem się nie przełoży. Fakt, że jesteśmy kilka poziomów wyżej niż rok temu zawdzięczam zupełnie innym czynnikom, chociaż kiedyś myślałam że tylko linka może pomóc pozbyć się problemu. Obecnie użyłabym jej tylko w celu nauki samej komendy na przywołanie lub przy uciekaniu z zabawkami (ale to zależy, Emet ma ten problem/miał i rozwiązujemy to inaczej) oraz w przypadku psów, które nigdy nie będą biegać bez smyczy ponieważ właściciel nie włoży w to pracy i tak też będę mówić innym.
    Przepraszam, ja chyba nie potrafię pisać krótko.
    A Twoje posty bardzo lubię czytać, chciałabym tak ładnie wplatać różnorodne słowa w zdania więc można powiedzieć, że jesteś jedną z moich blogowych inspiracji :).

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 17:06

      Wiadomo, że nie na każdego psa działa każda metoda szkoleniowa. Tytania zresztą jest trochę takim psem jak Emet – zmusza do szukania niestandardowych rozwiązań i tradycyjne tricki zaprojektowane dla borcer collie, czy innych owczarków często zupełnie jej nie biorą. W ogóle, w szkoleniu psów najważniejsze jest obserwowanie zwierzęcia z którym się pracuje i patrzenie, jak reaguje na zastosowane metody treningowe, czy rzeczywiście rozumie, czego się od niego wymaga. Nie ma rozwiązań uniwersalnych, których zastosowanie gwarantuje sukces, tak samo jest z używaniem liny. Niemniej, większość psów fajnie generalizuje sobie przywołanie podczas spacerów na lince, bo pozwala ona „zmusić” je do podjęcia odpowiedniej decyzji i zapobiega paleniu komendy.

      A Twoje posty bardzo lubię czytać, chciałabym tak ładnie wplatać różnorodne słowa w zdania więc można powiedzieć, że jesteś jedną z moich blogowych inspiracji :).

      Ojej, dziękuję! <3

  16. 22 listopada 2015 at 12:25

    Używam linki i się tego nie wstydzę. Moim pierwszym psem był beagle, więc mam bardzo niski kredyt zaufania do psów puszczonych luzem. Mimo że Gromit daje mi ostatnio powody, by bardziej mu ufać w kwestii przywołania, poczekam jeszcze trochę z rezygnacją z linki. Wolę, żeby biegał z nią nawet nieco dłużej, niż będzie potrzeba – bo wstydu mogę się najeść dopiero wtedy, gdy pies nie da się odwołać od jakiegoś interesującego bodźca. Jedynym miejscem, w którym linki nie stosuję jest las podczas wypadów na działkę – tu mogę sobie na to pozwolić, bo mój pies nie ma i stynktu myśliwskiego i trzyma się blisko nas. W mieście linka pomaga mi zachować kontrolę nad tym, co robi Gromit i nad moim własnym stanem emocjonalnym – mając tego rodzaju kontrolę, czuję się bardziej pewna siebie i spokojna.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      22 listopada 2015 at 16:59

      Z tego, co piszesz, Gromit to chyba najlepiej szkoleniowo ogarnięty buldożek francuski w tym kraju. Przyznam, że do tej pory BF to była dla mnie jedna z tych ras, z którymi ludzie nie pracują, bo przecież wszystko, co taki pies robi jest „słodkie i nieszkodliwe” (coś, jak yorki albo maltańczyki) i raczej nie zdarza mi się spotykać na spacerach buldożków, które miałyby coś między uszami. Strasznie miło jest mi czytać o tym, jak pracujesz z Gromitem!

      • 23 listopada 2015 at 16:22

        Dziękuję za miłe słowa 🙂 Wiem, że Gromitowi i mnie jako psio-ludzkiej parze wciąż daleko do ideału, zwłaszcza że młody pozostaje jeszcze w wieku „psiego gimnazjum” (tak bardzo spodobało mi się to Twoje sformułowanie, że weszło do mojego słownika ;)) i nie zawsze potrafi trzymać emocje na wodzy. Mimo to, pracuję z nim codziennie i wierzę, że gdy skończy się okres dojrzewania, zobaczę efekty w postaci naprawdę ogarniętego psa. Zgodzę się z Tobą, że niestety buldożki należą do ras, z którymi właściciele zazwyczaj nie pracują nad posłuszeństwem w życiu codziennym. W sieci (głównie na forach i facebookowych grupach) pełno jest filmików przedstawiających jakiś problem, np. rzucanie się psa na odkurzacz, uciekanie przed właścicielem chcącym założyć mu szelki, szczekanie na człowieka, który nie chce podzielić się jedzeniem, itp. Zadziwia mnie to, że opiekun zamiast korygowaniem zachowania, zajmuje się kręceniem takowego filmiku. Co więcej, sytuację interpretuje jako zabawną, a nie problematyczną. Podobnie z resztą jak inni właściciele buldożków, śmiejący się „hehe, jaki on charakterny”, „patrzcie, jakie uparte na nasze bulwy!”. A jak już komuś zdarzy się wrzucić filmik przedstawiający psa wykonującego różne komendy, np. zostawanie w pozycji „waruj” czy „siad”, wzbudza powszechny podziw i niedowierzanie, że tak „upartego” buldoga da się czegoś nauczyć…

  17. Hania
    22 listopada 2015 at 20:03

    Ja ogólnie nie mam problemu z psami na lince, właściwie jest to pozytywne zjawisko nawet jeżeli ma trwać całe życie psa ( bo z opcji rozjechany pies i na lince wolę to drugie).
    Problem dla mnie pojawia się kiedy ktoś z psem o linkowanym chce żeby pieski się pobawiły, najlepiej w zapasy i ganianie zaraz po tym. Nie raz zostało to przytoczone jak bardzo linka boli i jak się potrafi zaplątać w około nóżki, dlatego puszczanie psa z linką do innych psów to proszenie się o wypadek tak samo jak z odwróconą kolczatką.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      24 listopada 2015 at 21:27

      Wiadomo, zabawa z innymi psami to trochę inna sprawa – pracując z linką trzeba ją albo odpuścić albo po prostu pilnować, żeby nie były to zapasy, bo wtedy psy się zaplączą i nieszczęście gotowe.

  18. 23 listopada 2015 at 15:27

    Nigdy, przenigdy nie nazwałabym linki wstydem. Nie raz uchroniła psa przed ucieczką a może i nawet przed katastrofą. Problem posłuszeństwa pojawił się w moim domu, odkąd jest Tajson (jakieś półtora roku). Jaki to był szogun niewychowany. Nie chciałam zabierać mu możliwości wybiegania a nauka posłuszeństwa była w toku. Linki w sklepach internetowych są niestety dość drogie, dlatego skleciliśmy własną. Z pomocą przyszła Castorama. Do dziś używamy wielu linek- w Fundacji, w schronisku. Często wypożyczają je od nas, znajomi, którzy kiedyś drwili z Taja i współczuli mu. A mój pies używa jej teraz głównie przy tropieniu ale zawdzięczam lince dużo dobrego 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      24 listopada 2015 at 21:29

      Myślę, że chodzenie na lince wieeelu psom wyszło na dobre – jednak ucieczka jest samonagradzająca dla psa, który bardzo szybko uczy się ignorować komendy.

  19. psiamama
    12 marca 2016 at 21:05

    Trafiłam dziś na bloga i temat LINKA. Zaraz zobaczyłam siebie na pobliskich górkach gdzie spacerujemy. Owszem moja suka jest po szkoleniu, trenujemy sobie psie sporty i mamy dobry kontakt. Niestety nie zawsze mogę jej zaufać. Ma w sobie nadal wiele cech psa żyjącego na wolności w lesie. Są momenty kiedy jest odwoływalna, a zdarzają się wpadki. Nie jest też psem kochającym cały świat… jest pewna siebie czasem za bardzo i czasem za bardzo unosi się swoją dumą. Chodzimy na lince i za każdym napotkanym człekiem pada pytanie: „co to za sznur?”, „czemu ona biedna ma taką linkę?”, „przecież to jej przeszkadza!” Tak czuję się jak z innej planety mijając osoby urażone samą obecnością mojej linki. W parku biega wiele psów bez kontroli. To dramat. Byłam już świadkiem wzywania straży miejskiej i to kilka razy! Nie wiem jak ludziom wytłumaczyć sens mojej linki. Spełnia ona wiele zadań min. pomaga zareagować gdy pies głuchnie, zapobiega zjadaniu nieczystości, które owi ludzie zostawiają w parku, a los chciał by mój pies miał nad wyraz wyczulony węch i powinien dostać medal za tropienie bo to całe jego życie (taka sztuka mi się trafiła). Zapobiega konfliktom gdy widzę nieprzyjaznego osobnika zmierzającego w naszą stronę jestem w stanie nadepnąć i zainteresować swojego psa czymś inny i oddalić się w bezpieczne miejsce (tak mój pies nie jest ideałem i choć pokona każdy tor przeszkód, wykona bezbłędnie większość zadań jakie może wykonać pies i choć nigdy nie ucieknie ani nie wyjdzie na ulicę bo zatrzymuje się przed nią i siada nawet gdy mnie nie ma w pobliżu to jak widzi nieprzyjazne spojrzenie innego osobnika bez względu na płeć lub dany osobnik warknie to działa na nią jak szpilka wbita w pupę i nie odpuszcza). Do ludzi nie dociera, że ta linka to bezpieczeństwo zarówno moje jak i ich ! I powtarzające się pytania dlaczego jej nie odepnę ? Przecież one się tak ładnie bawią ? Przecież ona nie ugryzie! Kolejny moment kiedy biegające psy nakręcają się przez jednego awanturnika, który ma siłę przebicia i prowadzi skutecznie swych przyjaciół na misję szczekając i robiąc przysłowiową zadymę ! Oczywiście kiedy biegnie stado trudno się psu oprzeć, nie ważne za czym biegniemy jest coś ciekawego! Wszystkie psy biegną, a za nimi biegną właściciele (miałam taką sytuację, a były to z pozoru posłuszne i wychowane w miarę psy) krzycząc, próbując szkoleniowych sztuczek by uzyskać skuteczny odwrót w czego w efekcie ja z moją linką jestem na wygranej pozycji już na starcie, a ostatecznie udaje się przywołać jednego z psów zanim rozpocznie się atak na niewinnego rowerzystę z psem u boku. )Tak linka to nie zło ale jest mało używana nawet w psim środowisku i wywołuje duże zdziwienie lub wręcz „rodzi nienawiść” do siebie przez samo istnienie.

  20. psiamama
    12 marca 2016 at 21:16

    Dodam jeszcze, że jak wychodzę z innymi psami, a są to dwa chihuahua ( jednego tez uczyłam przywołania z linką ) to podchodziło to pod znęcanie się nad małym psem i budziło to nieodpartą chęć odpięcia mojej linki przez innych właścicieli nie rozumiejących, że ten mały słodki pozornie odważny piesek potrafi się czegoś nagle tak wystraszyć, że może to być jego ostatni bieg w życiu.

  21. Anonim
    24 listopada 2016 at 19:34

    A ja powiem tyle, przez takich psiarzy, którzy są oczarowani „posłuszeństwem” swojego psa, mój ma uraz, w tej chwili woli atakować, niż znowu być zaatakowanym…przywoływania ćwiczymy do upadłego, ale co z tego, jak na horyzoncie widzi psy, jeszcze z wyglądu podobne do tych, od których kiedyś oberwał, natychmiast robi się bojowy…ja zawsze mam grubą linkę, nie dlatego aby poćwiczyć, ale aby miał chociażby więcej luzu, jak jesteśmy akurat w miejscu gdzie nie mam pewności, że mogę go spokojnie spuścić. Mój pies dawniej biegał swobodnie, był przyjazny, ale wystarczyło parę ataków na niego i się skończyło…

  22. 25 listopada 2016 at 12:54

    Ćwiczymy na lince z 4 miesięcznym bassetem. Wstydu nie odczuwam, raczej jesteśmy spacerowym kabaretem. Basset w biegu już wystarczy, a jeszcze linka do zabezpieczania sennego malucha…cóż, niech im ten śmiech na zdrowie wyjdzie.
    Mimo , że z upartym tropowcem trenowalismy przywołanie odkąd jest z nami i jeszcze nas nie zawiódł, pewnie nie będzie biegał po otwartym terenie bez liny aż dorosnie. Jak na razie cała linkowa robota służy tylko naszemu spokojowi, jeszcze nie zdarzyło nam się jej napinac. Pewnie lada moment wyprawa w jej użyciu nam się przyda, gość kończy etap „za tobą wszedzie”.
    A btw. czy ktoś kojarzy jakieś sensowne źródło wiedzy o wychowaniu psa o takiej specyfice? Zielenieje z rozczarowania, kiedy widzę bassecie porady typu „przywyknij, one tak maja” w kwestiach które skutecznie przepracowalismy dostosowując uniwersalne porady do specyfiki Notesa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.