Kariera w psim biznesie: lekarz weterynarii

Powiedzieć „swoją przyszłość wiążę z psami” jest łatwo, trudniej natomiast określić co dokładnie takie stwierdzenie oznacza. Na pytanie o to, czym można się zajmować – zarówno w zawodowym, jak i hobbystycznym aspekcie – tak, aby psy były stale obecne w życiu postaram się odpowiedzieć w cyklu rozmów z rozmaitymi specjalistami z zakresu szeroko pojętej kynologii. Dziś przed Wami tajniki swojego zajęcia ujawni lekarz weterynarii, Kasia Kowalczuk.

D.: Bardzo dziękuję Ci, że zgodziłaś się poświęcić mi swój czas. Zacznijmy od najbardziej podstawowej kwestii – powiedz mi, jak zostać weterynarzem?
Kasia: Prosta sprawa, trzeba skończyć studia. Ale jeżeli chcemy przeanalizować drogę kariery przyszłego lekarza weterynarii tak całkiem, całkiem od początku to taka osoba musi kierować się na profil biologiczno-chemiczny. Żeby zostać przyjętym na studia należy zdać na maturze biologię i chemię na poziomie rozszerzonym, do tego wysoko. W Polsce jest kilka uczelni, na których można kształcić się w zakresie medycyny weterynaryjnej: Warszawa, Poznań, Lublin, Wrocław, Olsztyn i Kraków. Jednolite studia magisterskie trwają 11 semestrów. Nie kończą się praca magisterską, tylko ostatnim egzaminem.

D.: To odpowiednik Lekarskiego Egzaminu Końcowego, jaki obowiązuje lekarzy?
Kasia: Nie, w przeciwieństwie do lekarzy nie mamy obejmującego zakres całych studiów końcowego egzaminu. Natomiast w toku studiów trzeba zdawać egzaminy z całego materiału obejmującego jakąś szeroką dziedzinę wiedzy, na przykład wszystko, co dotyczy małych zwierząt.

D.: Brak LEK-u to spore ułatwienie… Myślisz, że medycyna weterynaryjna to łatwe studia?
Kasia:
Przeciwnie! Jest ciężko, a w przeciwieństwie do medycyny musimy opanować materiał dotyczący kilku gatunków zwierząt, a nie tylko jednego. Kiedy szykowałam się do wyjazdu na studia, wciąż słyszałam, że już mogę pożegnać się z życiem osobistym. 6 lat wyjęte z życiorysu, a do tego, jeżeli to będzie jedynie 6 lat to już ogromny sukces, bo to się mało komu udaje.

D.: Te opowieści były chyba trochę przesadzone?
Kasia: Nie do końca. Na medycynie weterynaryjnej jest sporo spadochroniarzy, osób, które muszą powtarzać rok, szczególnie przez pierwsze 3 lata. W Warszawie na pierwszym roku jest anatomia, histologia i biologia komórki – u nas to był pogrom. Z mojej 20-osobowej grupy dyplomy odebrało tylko 6 osób. Samo zdanie egzaminu w pierwszym terminie to duży sukces. Czasami próg zaliczenia zaczyna się od 75%, do tego niektóre z nich są niezwykle stresujące. Na przykład, kolokwia z anatomii wyglądają tak, że biegamy miedzy stołami na czas, opisując preparaty i odpowiadając na pytania po łacinie. Te studia to przede wszystkim gigantyczna ilość nauki na pamięć połączona z dużą ilością stresu. Pierwsze lata są naprawdę wymagające. Najpierw anatomia, histologia, fizjologia, mikrobiologia, farmakologia – to ciężki kawałek chleba. Do tego cała ta wiedza, którą trzeba przyswoić, by przejść dalej z perspektywy studenta wydaje się kompletnie oderwana od rzeczywistości, jałowa, niepoparta żadnym praktycznym doświadczeniem. Dopiero po zakończeniu studiów wszystko powoli zaczyna układać się w jedną całość.

D.: Przyszli weterynarze nie siedzą chyba nad książkami cały czas? Co z zajęciami praktycznymi? Tyle słyszy się o tym, że student weterynarii powinien mieć mocny żołądek…
Kasia: Jeżeli ktoś ma problem z widokiem krwi, ran, zwłok zwierząt to nie wyobrażam sobie po pierwsze przetrwania studiów, a po drugie codziennej pracy ze zwierzętami. Już na pierwszym roku odwiedza się prosektorium, gdzie widoki nie zachwycają, zapach jest bardzo intensywny, preparaty konserwowane formaliną po kilku godzinach nad stołem po prostu wypalają oczy. Od trzeciego roku zaczyna się patomorfologia, która trwa trzy semestry. Raz w tygodniu wykonuje się szczegółową sekcję małych zwierząt. Na późniejszych latach przeprowadza się również sekcje zwierząt gospodarskich (czasami w terenie) i ptaków. Również rzeźnia jest ciężkim przeżyciem. Oglądamy zwierzęta przed ubojem i po. Będąc na studiach nie da się tego uniknąć.

wet_kolaz1D.: Do tego po letniej sesji egzaminacyjnej student weterynarii nie może cieszyć się, tak jak studenci innych kierunków, trzema miesiącami wakacji, bo czekają go obowiązkowe praktyki.
Kasia: Po pierwszym roku nie ma żadnych obowiązkowych praktyk, więc jak ktoś zda sesję w czerwcu ma jedyną, niepowtarzalną szansę na długie wakacje. Po drugim roku są praktyki hodowlane trwające dwa tygodnie. Opcje są różne. Takie praktyki można odbyć na fermie bydła, zwierząt futerkowych, w hodowli koni, w zoo. Myślę, że nawet w dużej, kojcowej hodowli psów. Podczas tych praktyk wykonuje się przede wszystkim obowiązki “zootechniczne” – korekty racic, dojenie, sprawdzanie strzyków, czesanie, czyszczenie, karmienie, sprzątanie klatek. Z perspektywy czasu uważam, że to były naprawdę ciekawe zajęcia.

D.: Kiedy w takim razie przychodzi moment, w którym student weterynarii może poczuć się jak prawdziwy lekarz?
Kasia: Po czwartym roku jest miesiąc praktyk klinicznych i dwa tygodnie praktyk w rzeźni. Z kolei, po piątym roku miesiąc praktyk klinicznych i dwa tygodnie praktyk w przetwórstwie. Natomiast, powiedzmy sobie szczerze, przez cały okres studiów osiem tygodni praktyki klinicznej to jest po prostu śmiesznie mało. Ktoś kto myśli, że studia to tylko program zajęć, który trzeba odbębnić, żeby byś świetnym lekarzem grubo się myli. Trzeba poświęcić dużo czasu wolnego na praktykę nieobowiązkową, gdzieś się zaczepić, aby móc się uczyć się, uczyć i jeszcze raz uczyć. Bez tego po studiach są niewielkie szanse na znalezienie zatrudnienia: nikt nie chce przyjąć lekarza, który nic nie umie, bo to jest stawianie na szali renomy lecznicy. Dlatego już w trakcie studiów trzeba naprawdę wziąć się do roboty, bo praktyki wakacyjne to kropla w morzu niezbędnego treningu. Chyba każdy student weterynarii w każdym miejscu w Polsce powie, że zajęć praktycznych jest zdecydowanie za mało. Można przejść przez studia ani razu nie robiąc zastrzyku!

D.: Nauka do egzaminów, praktyki obowiązkowe, niezbędne praktyki nadobowiązkowe – z pewnością sudent weterynarii ma niemało na głowie. Czy podczas studiów w ogóle zostaje czas na jakieś hobby, spotkania towarzyskie, czy po prostu… Opiekowanie się psami?
Kasia: Psy mam od liceum, ale kiedy ze względu na studia przeprowadziłam się z Katowic do Warszawy zostały w domu rodzinnym. Wiedziałam, że na pierwszym roku, mając zajęcia od 8 do 20 nie miałam żadnej możliwości zapewnienia psu odpowiedniej opieki. Na szczęście nie zrezygnowałam nigdy ze swojej pasji, którą są między innymi wystawy psów. W czasie roku było ich nawet około 30. Wszystko da się pogodzić! Zwykle wyglądało to tak, że wyjeżdżałam z Warszawy do Katowic pociągiem, wystawa była w Austrii, wracałam w niedzielę do Katowic, a o 4 nad ranem byłam już w pociągu do Warszawy, żeby zdążyć na zajęcia o 8. Świetnie opanowałam naukę w pociągach.

kasiawystawowa

D.: Imponujące! Kiedy w planie zajęć zrobiło się na tyle luźno, że mógł zamieszkać z Tobą pies?
Kasia: Pasję mam od trzeciego roku, przywiozłam ją z hodowli na sesję letnią… W dniu egzaminu z farmakologii byłam potwornie zestresowana – Pasja była malutka i bałam się ją zostawić w domu. Egzamin był dwuczęściowy, więc po pierwszej połowie nie wytrzymałam i po prostu pobiegłam do domu. To był mój jedyny wrzesień i wcale nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Jeżeli chcesz zapytać, czy na tych studiach da się mieć psa i odpowiednio opiekować się nim w pojedynkę… Moim zdaniem, nie. Są wyjazdy, praktyki i staże, które czasami zaczynają się przed świtem i często nie wiemy jak długo potrwają zajęcia. Bywa, że wyjeżdża się na tydzień i nie ma możliwości zabrać psa ze sobą. Mnie akurat bardzo pomagał chłopak (aktualnie mąż), który przeprowadził się do Warszawy, po moim drugim roku – we dwie osoby to jest już wykonalne.

D.: Mimo wszystko, wydaje mi się, że dużo studentów weterynarii ma zwierzęta?
Kasia: Tak, szczególnie, że często wynajmują wspólnie mieszkania. Ja również mieszkałam ze studentkami weterynarii, od pierwszego do piątego roku. Dobre stosunki ze współlokatorami mogą być bardzo pomocne w podbramkowych sytuacjach. Ktoś jest z drugiego roku, ktoś z trzeciego, mają inne plany zajęć, więc można poprosić o wyjście z psem na spacer. Poza tym, nie oszukujmy się, wiele zależy od tego, jakiego się ma psa. Można mieć psa, który zajmuje się głównie leżeniem na kanapie i można mieć młodego setera – wtedy to zupełnie inna bajka.

D.: Pewnie “życia studenckiego” pomiędzy naukę i psa już zupełnie nie da się wcisnąć?
Kasia: Mając psa, ciężko iść na piwo po kończących się o godzinie 20 zajęciach. Nie ma opcji, że życie studenckie Cię porywa, znikasz na dwie doby, wracasz nie wiadomo kiedy. Posiadanie psa bardzo ogranicza i trzeba mieć tego świadomość. Pierwsza rzecz po imprezie to wyjście z pieskiem na spacer. To jest kwestia wyboru, jeżeli ktoś się na to świadomie decyduje, nie powinien mieć z takimi rzeczami problemu.

D.: Trochę utknęłyśmy na temacie studiów, najwyższa pora iść krok dalej. Gdy uda się skończyć studia… Można od razu zabrać się za leczenie zwierząt? A może najpierw trzeba zrobić specjalizację?
Kasia: Nie, najpierw należy uzyskać prawo do wykonywania zawodu. Wydaje je Izba lekarsko-weterynaryjna, do której trzeba złożyć wniosek. Aby móc się o nie ubiegać, należy między innymi posiadać dyplom lekarza weterynarii wydany przez polską uczelnię lub uczelnię zagraniczną, być obywatelem Polski lub Unii Europejskiej, mieć pełną zdolność do czynności prawnych i wykazywać nienaganną postawę etyczną. Dopiero po złożeniu potwierdzających to wszystko dokumentów Izba wydaje prawo do wykonywania zawodu. Samo ukończenie studiów nie uprawnia do praktykowania, jako lekarz weterynarii.Żeby rozpocząć studia specjalizacyjne np. z chorób psów i kotów, trzeba mieć min 2 lata doświadczenia w zawodzie. Przykładowe specjalizacje to również np. choroby drobiu i ptaków ozdobnych, choroby owadów użytkowych, czy choroby ryb.

kasia-pracaD.: Do pracy ruszasz więc dopiero po odebraniu prawa do wykonywania zawodu, a w pracy… Czym dokładnie zajmuje się weterynarz?
Kasia: Lekarz weterynarii, poza leczeniem psów i kotów, może robić naprawdę bardzo wiele rzeczy! Praca w klinice to tylko jedna z wielu opcji. Można pracować między innymi w administracji, laboratorium diagnostycznym (także ludzkim!), w firmie farmaceutycznej i w terenie.

D.: W terenie? Co to dokładnie oznacza?
Kasia: Przede wszystkim to, że dużo jeździ się samochodem. Lekarz weterynarii zajmuje się leczeniem i opieką nad zwierzętami gospodarskimi znajdującymi się u prywatnych właścicieli. Oczywiście, może również trafić do jednego miejsca – zwykle dużej fermy zwierząt, gdzie ma nadzór nad całym stadem i dba nie tylko o ich zdrowie, ale również dobrostan. To dla mnie taka mniej wdzięczna strona zawodu, bo docelowo zwierzęta mają trafić na nasz stół, więc ich wydajność jest często priorytetem. Lekarze zajmują się także badaniem zwierząt rzeźnych, mięsa i innych produktów pochodzenia zwierzęcego czy też nadzorem nad warunkami sanitarno-weterynaryjnymi To są rzeczywiście poważne rzeczy i szereg lekarzy weterynarii czuwa nad bezpieczeństwem produktów, które trafiają później do naszych domów.

D.: Ale jeżeli już pracuje się ze zwierzętami w lecznicy to jest to praca faktycznie ze zwierzętami, czy może raczej z ludźmi?
Kasia: To zdecydowanie przede wszystkim praca z ludźmi. Zwierzęta są zależne od swoich opiekunów, od których my musimy wydobyć istotne dla przebiegu choroby informacje. Od właściciela zależy również to jak leczenie potoczy się po postawieniu rozpoznania. Opiekunowie nie zawsze stosują się do naszych zaleceń, czasem twierdzą, że robią wszystko jak trzeba, tymczasem stan pacjenta nie wiedzieć dlaczego nie ulega poprawie… Potem okazuje się, że nie były stosowane leki, bo ktoś zapomniał, nie przyszedł na kontrolę, itp. Rolą lekarza weterynarii jest więc nie tylko zbadanie zwierzęcia, ale przede wszystkim przekonanie jego właściciela, że ten pomysł na leczenie jest dobry, sensowny i ma pomóc jego pupilowi. Zdarzają się, że opiekunowie, którzy do lecznicy przychodzą wrogo nastawieni – wtedy to bardzo, bardzo trudne zadanie.

D.: Naprawdę, wrogo?
Kasia: Czasami właściciele mają gotowe diagnozy dla swoich pupili, które przeczytali w Internecie lub które doradził im ktoś znajomy i potrzebują od nas wyłącznie leków. Mają duże wątpliwości, gdy mamy inne zdanie na jakiś temat. Tymczasem, medycyna to nie kod zero-jedynkowy i nie można działać wyłącznie według powielanych schematów. Ja podchodzę do pacjentów tak, jakbym sama potraktowała mojego psa. Staramy się przekonać opiekunów, żeby nam zaufali. Właściciel powinien być przekonany, że lekarz wie, co robi i plan leczenia jest sensowny, zwłaszcza, że czasami leczenie jest długie, kosztowne, do tego bywa, że diagnostyka trwa miesiącami. To bardzo frustrujące dla właścicieli, dlatego staramy się jak najmniejszą ilością badań dowiedzieć się jak najwięcej rzeczy.

D.: Często zdarza się, że leczenie nie jest wdrażane, bo po prostu finanse stają na przeszkodzie?
Kasia: To zależy od lokalizacji lecznicy. Mam to szczęście, że pracuję w miejscu, w którym takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, jednak bywa, że czasami ktoś woli uśpić zwierzę niż podjąć próbę leczenia. A wystarczy prosty zabieg, żeby uratować życie zwierzaka. W takich sytuacjach nigdy nie decydujemy się na uśpienie, tylko staramy się znaleźć alternatywne rozwiązanie. Płatność można rozłożyć na raty, poprosić o pomoc fundacji, itp.  Natomiast, wychodzę z założenia, już jako właściciel, a nie jako lekarz, że jeżeli ktoś decyduje się na psa, to musi mieć pewność, że go na to stać. Jestem przeciwniczką brania zwierząt na zasadzie “Będzie co będzie, jakoś sobie poradzimy” – ledwo starcza do pierwszego, ale ważne, żeby był pies. Wszystko jest fajnie do momentu, gdy zdarzy się jakiś wypadek. Jest też druga strona medalu. Ludzie często szukają oszczędności tam, gdzie nie powinni: szczególnie to widać w przypadku psów z pseudohodowli, na które ktoś wydał 500 złotych, a koszty leczenia idą w tysiące.

zwierzatkawpracyD.: Przykre, kiedy w pracy trzeba oglądać wiele takich psiaków. To z pewnością jeden z minusów zawodu.
Kasia: Sporym minusem jest to, że często zwierzęta się nas boją i zawód lekarza weterynarii to nie jest głównie przytulanie i głaskanie puszystych kotów. Oczywiście, są zwierzaki, które kochają wszystkich jak leci, ale większość jest przerażona wizytą w gabinecie. Zawsze powtarzam wszystkim świeżo upieczonym opiekunom szczeniąt, żeby wpadali z psiakiem tylko po, żeby mógł dostać smakołyk i porcję drapania za uchem. Niestety, najczęściej jest tak, że szczeniaki przychodzą na szczepienie, pierwsze, drugie, trzecie, wściekliznę, odrobaczenie, a to są same nieprzyjemne rzeczy. Potem się boją, trzeba je wciągać siłą do gabinetu, są bardzo zestresowane.
Zresztą, moje psy, jak przychodzą do mnie do pracy to przywitają się, owszem, ale zaraz potem dają w długą. To jest przykre, ale jest, niestety, normą w naszym zawodzie. Do tego dochodzi jeszcze ryzyko zawodowe. Pogryzienia i podrapania zdarzają się jednak zwykle z naszej winy. Uważam, że w przypadku pogryzienia przez psa wina leży głównie po stronie lekarza, bo nie potrafił odczytać sygnałów, które pies prezentował wcześniej. Oczywiście, zdarzają się zwierzęta, które tych sygnałów nie wysyłają i to są przykre niespodzianki. Wtedy trzeba być szybkim. Refleks to bardzo przydatna rzecz w tym zawodzie! Inna sprawa jest z kotami, które są zwykle trudniejszymi pacjentami. Sam transport do lecznicy jest dla nich ogromnym stresem. Drapią, bronią się, dosłownie walczą o życie. Staramy się robić wszystko delikatnie i szybko. Zwykle jest tak, że najpierw przeprowadzam wywiad, zwierzę w tym czasie zwiedza gabinet, a później przystępuję do badania. Czasami nie mamy możliwości zbadania zwierzęcia bez podania premedykacji i uspokojenia – szczególnie tyczy się to dzikich kotów i bardzo agresywnych psów. Na szczęście to bardzo rzadkie sytuacje.

D.: Czy małe zwierzęta również potrafią być niebezpieczne dla lekarza?
Kasia: Zwykle są bezproblemowe, chociaż ja zostałam ugryziona przez świnkę morską. Próbowałam rozdzielić walczące świnki i jedna z nich zawisła mi na palcu – przez pół roku nie mogłam używać kciuka, miałam porażenie nerwu. Trzeba mieć respekt przed każdym zwierzęciem. Obecność w lecznicy to dla nich bardzo stresujące warunki. Każdy lekarz powinien wiedzieć, jak się ze zwierzętami obchodzić, a tego nie uczy się na studiach. Oczywiście, przy tych małych zwierzętach jest raczej mała szansa, że zginiemy, przy dużych takie ryzyko się pojawia. Praca z dużymi zwierzętami bywa naprawdę niebezpieczna. Można stracić zdrowie lub nawet życie i to jest coś, z czego mało kto zdaje sobie sprawę. Wystarczy drobny błąd lub chwila nieuwagi.
Warto mieć także świadomość, że lekarz weterynarii odpowiada nie tylko za bezpieczeństwo swoje i zwierzęcia, ale również za jego właściciela od momentu, gdy ten wchodzi do gabinetu.

D.: Skoro już jesteśmy przy formalnościach – pracujesz na umowę o pracę?
Kasia: Mam własną działalność gospodarczą i większość lekarzy w Warszawie tak pracuje – na zasadzie umowy o współpracę z lecznicą. Jestem indywidualnym przedsiębiorcą, który pracuje na zlecenie. Plus jest taki, że można pracować w 10 różnych miejscach. Jak ktoś ma na to ochotę, może pracować nawet 24 godziny na dobę.

D.: Lekarzy weterynarii nie obowiązują żadne regulacje, dotyczące czasu pracy?
Kasia: To jest wolny zawód i można pracować ile i gdzie ma się ochotę. W tej kwestii nie ograniczają nas żadne przepisy.

D.: Mam jednak nadzieję, że ogranicza weterynarzy ogranicza zdrowy rozsądek. Trudno podejmować odpowiedzialne decyzje diagnostyczne pracując non stop przez 24 godziny.
Kasia: To prawda. Trzeba jednak mieć na względzie, że w tym zawodzie – zwłaszcza gdy jeszcze nie ma się doświadczenia – po prostu nie jest możliwa praca po osiem godzin dziennie, od 8 do 16. Szczególnie, że największy ruch w lecznicach jest, oczywiście, w godzinach popołudniowych.

lekarzowanieD.: Widzę, że dochodzimy do kwestii finansowych.
Kasia: Zarobki lekarza weterynarii zależą od ogromnej ilości czynników. Przede wszystkim od tego na jakich warunkach pracujemy. Jeżeli ktoś pracuje w administracji i ma umowę o pracę to wie, jaka kwota pojawi się na początku miesiąca na jego koncie. Sposobów rozliczania z lekarzami jest bardzo wiele i pewnie każda lecznica ma własne. Czasami jest to podstawa z godziny, czasami procent z usługi/ zabiegu/ ilości pacjentów. Początkujący lekarz weterynarii w Warszawie może liczyć na zarobki w przedziale 10-25 zł za godzinę, więc jak widać widełki są spore. Trzeba mieć duże szczęście, żeby mieć pełny etat godzinowy w jednym miejscu, bo często jest to kilka lecznic w mieście. Do tego trzeba opłacić z tego koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Przez pierwsze dwa lata ZUS to około 500 zł miesięcznie, jednak później składka rośnie do ponad 1000, więc trzeba szybko się piąć po drabinie kariery. Bardzo zróżnicowane stawki i formy zatrudnienia sprawiają, że ciężko jest rozmawiać o finansach w tym zawodzie.

D.: Może w takim razie lepiej pracować wyłącznie dla siebie i po studiach założyć własny gabinet?
Kasia: Nie sądzę. Po pierwsze, koszty są gigantyczne, chociaż to też zależy od tego, jak bardzo ambitne mamy plany. Jeżeli chcemy założyć gabinet jednoosobowy, w którym będą znajdować się tylko podstawowe rzeczy, stół i umywalka koszty mogą nie być porażające. Natomiast, koszty stworzenia sensownie wyposażonej lecznicy, z RTG, USG to już kwoty idące w setki tysięcy. Jeżeli ktoś nie ma bogatych rodziców, męża – milionera albo nie wygrał na loterii to jest to po prostu nierealne. Po drugie, moim zdaniem zwyczajnie lekkomyślne. Osoba, która dopiero co skończyła studia nie ma takiego doświadczenia, żeby zaczynać samodzielną pracę. Choćby przeczytała wszystkie podręczniki na świecie. Sucha wiedza ze studiów musi być poparta doświadczeniem klinicznym. Trzeba zacząć od pracy z bardziej doświadczonymi kolegami. Na początku naprawdę nie jest łatwo. Ciągle trzeba się rozwijać, uczyć, chodzić na konferencje i sympozja. Medycyna to bardzo dynamicznie rozwijająca się dziedzina nauki. Studia skończyłam rok temu, ale mam wrażenie, że minął tydzień – przychodzę do domu, przeglądam artykuły, czytam książki. Mam zeszyt, w którym wypisuję sobie różne informacje, leki, dawki. Cały czas towarzyszy mi stres, że wiem za mało. To bardzo motywuje mnie, aby ciągle zdobywać wiedzę. Noc przed moim pierwszym samodzielnym dyżurem to był koszmar, nie zmrużyłam oka, kartkowałam wszystkie podręczniki, czytałam o najdziwniejszych i najrzadszych chorobach, jakie mogłyby mi się trafić. A po dyżurze okazało się, że nie było tak źle i dałam sobie radę. Teraz jest oczywiście dużo łatwiej.

D.: Zdarzają się weterynarze, którzy rezygnują z pracy klinicznej?
Kasia: Wbrew pozorom dosyć często. Wielu absolwentów medycyny weterynaryjnej trafia do firm farmaceutycznych, czasami rezygnują całkiem z zawodu i  zostają groomerami, czy trenerami psów. Żeby być dobrym lekarzem weterynarii, naprawdę trzeba to lubić, z wszystkimi plusami i minusami tej pracy. Bo plusów jest cała masa, a największym z nich jest dla mnie satysfakcja jaką daje widok zwierzaka, który dzięki nam wyzdrowiał.

D.: Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

***

Katarzyna Kowalczuk – absolwentka medycyny weterynaryjnej na SGGW. Studia ukończyła w 2014 roku, z 5 na dyplomie i głębokim przekonaniem, że to jest to. Od czasu studiów związana z Natolińską Lecznicą Weterynaryjną, w której obecnie pracuje. Ze zwierzętami pracuje nie tylko zawodowo, lecz również jako hodowca – to właścicielka hodowli seterów angielskich “Ravandlil” i kanapy, na której wyleguje się najbardziej utytułowana angielka w Europie.

kasia-bio

photo credit: Kasia Kowalczuk

  24 komentarze do tekstu: „Kariera w psim biznesie: lekarz weterynarii

  1. 26 lutego 2016 at 13:28

    Skąd to znam, praca lekarza weterynarii to trudna droga od początku do końca, nie tylko też słodkie szczeniaczki, ale i trudne przypadki 😀 super artykuł!

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      27 lutego 2016 at 21:42

      Właściwie, praca każdego lekarza. 😉 Miło mi, że wywiad Ci się spodobał – cała zasługa w rękach Kasi.

  2. 26 lutego 2016 at 17:52

    Bardzo podoba mi się ten cykl 🙂
    Wygląda na to, że droga do zostania weterynarzem to ciężki kawałek chleba. Czasem żałuję, że wybrałam taki kierunek studiów, a nie inny, że gdybym była bardziej ogarnięta, to te 8 lat temu uderzałabym na cokolwiek z psami, nawet gdzieś przez myśl przechodzi weterynarz, ale zaraz potem przypominam sobie, że nie przeżyłabym jednej godziny w prosektorium. Super, że pani Kasia opowiedziała, jak to wygląda od podszewki. No i do tego jest hodowcą, wow 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      27 lutego 2016 at 21:40

      Ja chyba nie przebolałabym konieczności nauczenia się np. anatomii krowy. W ogóle, duże zwierzęta pod względem medycznym wydają mi się dosyć przerażające i raczej nie chciałabym stawać oko w oko z krową w roli tej osoby, kóra ma zrobić jej coś nieprzyjemnego. 😉 Mam nadzieję, że cykl będzie rozwijał – lista osób do przepytania rośnie praktycznie z każdym dniem. 🙂

  3. Jaro
    28 lutego 2016 at 15:04

    Łączenie studiów z wystawami? Musi być ciężko, gratuluję Kasi 🙂

  4. 28 lutego 2016 at 20:05

    Od dziecka lubię zwierzęta i od dziecka chciałam zostać weterynarzem. Nikomu nie przypomina się, żebym wypowiedziała inny zawód, jako ten, którym chciałabym się zająć.
    Niestety od niedawna ubolewam, bo najbliższe technikum jest ode mnie kilka godzin, a nienawidzę zostawiać psa… Sama jeszcze nie wiem jak to będzie, mam niecały rok a w głowie burza mózgów. Szczerze mówiąc ten post dał mi wiele do myślenia, być może będzie inaczej… Bo w sumie, trzeba robić to, co się kocha!

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      28 lutego 2016 at 20:16

      Podpowiem, że zdaniem Kasi technikum to zły wybór i jeżeli ktoś jest zdecydowany na studia w zakresie medycyny weterynaryjnej to rozsądniej wybrać dobre liceum, klasę o profilu biologiczno-chemicznym, tak, aby jak najlepiej przygotować się do matury. 😉
      Cieszę się, że tekst dał Ci do myślenia – takie komenatrze, jak Twój nadają sensu całemu temu cyklowi. 🙂

  5. weterynarz z dużego miasta
    28 lutego 2016 at 21:51

    Wywiad w delikatny nieprzekłamany sposób pokazuje jak wygląda ten zawód w rzeczywistości. Gratuluję wypowiedzi. Kolorowo po tych studiach jest dy;.1. dziedziczysz lecznicę po rodzicach, mężu2. twoja rodzina lub mąż ma zdolnośc kredytową na kilkaset tysięcy złotych-nikt z moich znajomych nie otworzył lecznicy z własnych pieniędzy,bo bank nie daje kredytu na kilaset tysięcy złotych ludziom bez dochodów tj.ropoczynajacyh działnośc gospodarczą.3. wyjedziesz do Anglii.4masz poparcie w inspekcji. Wielu z moich znajomych zmuszonych było się przebranżowić na dietetyków ludzkich, architektów, sekretarki, oficerów, pracowników banków. Nie obserwuje sie takiego zjawiska wśród lekarzy czy prawników, inżynierów. Około 1 na trzystu dostaje umowę o pracę na cały etat(pomimo że go wyrabiają) u prywaciarza. O dzieciach zapomnij ,jesli pracujesz w kilku lecznicach na działalnośc gospodarczą. Lecznice zaczynają pracę dopiero od 10.00, czyli 8 godzin tj. do 18.00, zapomnij o dzieciach. Ja sie przebranżowiłam po 10 latach niewiadomej i doskonale na tym wyszłam. Ogromnie żałuję, ze studiowałam weterynarię. Nie ma po tym zawodzie żadnego społecznego poważania, uznania, znajomości ważnych czy na wysokich szczeblach.Twoim odbiorcą jest pies albo rolnik przecież. Jesteś tylko weterynarzem.Ten zawód zszedł na psy:( wydaje mi się, ze przyczyna jest za duża liczba absolwentów , więcej zdecydowanie niż miejsc pracy. Po ostatnich wyborach widzę jednak szansę ,ze sytuacja weterynarzy chyba sie polepszy.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      29 lutego 2016 at 20:38

      Gorzki, ale na pewno bardzo potrzebny komenatrz, który pokazuje w bardzo dosadny sposób ciemne strony zawodu i sytuacji absoluwentów medycyny weterynaryjnej.

    • P.
      1 marca 2016 at 18:33

      W przypadku prawników i lekarzy nie. W przypadku inżynierów – zależy od specjalizacji. Inżynierowie wielu specjalizacji po studiach nie znajduje pracy w „zawodzie” i przebrażawia się na informatyków, początkowo startując z niewygórowanymi zarobkami, bo pracodawca musi ich jednocześnie dokształcić.

    • agawa
      3 marca 2016 at 13:43

      Kończyła studia w 2004 r. i okazało się, że żadnych perspektyw pracy. Nikt w rodzinie nie miał lecznicy, nikt nie pracował w inspekcji. Rozesłałam cv po całej Polsce w poszukiwaniu pracy. Gotowa byłam na wielkie poświęcenie, byle w zawodzie, byle ze zwierzętami. Studia bardzo trudne, ale do przeżycia.

      • Anonim
        17 lipca 2016 at 21:30

        Teraz znowu się zrobiło zapotrzebowanie na lekarzy można wybierać i przebierać po studiach żeby pracę dostać odrazu za 5 koła to nieźle uwazam

    • Anonim
      17 lipca 2016 at 21:27

      Pracy jest ogrom tylko lekarzy brak

  6. 1 marca 2016 at 21:57

    Ten wywiad daje dużo do myślenia i rozjaśnia bardzo wiele spraw. Interesuję się zawodem jaki jest lekarz weterynarii i niezmiernie się cieszę, że natrafiłam na tak genialny artykuł. Niestety – taka praca to nie tylko urocze zwierzaki ale długa droga przez bóle i męki 😉 Pozdrawiam serdecznie, świetny wywiad!

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      1 marca 2016 at 22:18

      Cieszę się, że artykuł Ci się spodobał i zapraszam do częstszych odwiedzin na blogu – chociażby po to, aby zapoznać się z kolejnymi odsłonami cyklu. 🙂

  7. 2 marca 2016 at 15:57

    Świetny wywiad! Z chęcią przeczytałam cały i szczerze powiem, że jestem bardzo zaskoczona tym, jak ciężko jest zostać weterynarzem. Ja na pewno nie działabym rady od 8 do 20 uczyć się, załamałabym się..:) Podziwiam Kasię za te podróże, ale chcieć to móc! 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      3 marca 2016 at 16:39

      Na szczęście, aby pracować z psami nie trzeba być weternarzem – jest mnóstwo innych profesji, które to umiżliwiają. Będzie można poznać je w kolejnych odsłonach cyklu.

  8. 2 marca 2016 at 20:47

    Naprawdę ciekawy wywiad! Ja nie mogłabym być jednak weterynarzem, ponieważ nie dałabym rady tak dobrze się uczyć i w dodatku usypiać te zwierzęta czy patrzeć na ten ubój, no to jednak nie są za ciekawe czynności. Będąc dzieckiem myślało się ,,o tak, będę weterynarzem, będę leczyć pieski i kotki”, rzeczywistość niestety (albo stety) wygląda inaczej..
    cztery-lapy-jeden-nos.blogspot.com

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      3 marca 2016 at 16:43

      Niestety, zawody medyczne to ciężki kawałek chleba i rzeczywistość nigdy nie wygląda tak różowo, jakby się tego chciało.

  9. vetka
    4 marca 2016 at 09:53

    Kto nie ma LEK-u, ten nie ma… Olsztyn pisze końcowe egzaminy i miałam (nie)przyjemność to doświadczyć 😉 Okres dosłownie wyjęty z życiorysu, egzaminy-molochy co dwa/trzy tyg plus terminy poprawkowe (bo chyba tylko dwóm osobom udało się zaliczyć wszystko w pierwszych terminach).
    Natomiast z „rzeźnią” studencką też bym nie przesadzała 😉 Owszem, nauki jest multum, mało snu, ale całe studia łączyłam z codziennymi treningami sportowymi i wyjazdami na zawody. Da się 🙂 Kosztem godzin snu, ale wykonalne 🙂 I nawet znalazł się czas na trochę życia towarzyskiego

  10. 13 marca 2016 at 19:35

    Świetny wywiad! Z ciekawością przeczytałam całość i jestem pod ogromnym wrażeniem, jak trudną i długą drogę trzeba przejść by nie tylko pracować w tym zawodzie, ale także zdobywać kolejne szczeble kariery i jakkolwiek się wybić. Mam nadzieję, że ten wywiad rozjaśni trochę niektórym oczy, że zastanowią się kilka razy czy są gotowi na szereg poświęceń, żeby później tego nie żałować. Sama nie miałam pojęcia, że to tak trudny zawód!
    Szacunek! 🙂

  11. dsw
    17 marca 2016 at 22:51

    co wy narzekacie ze po weterynarii nie ma pracy. Jest masa pracy na podlasiu i można spokojnie wyciągnąć 5 tysięcy na rękę pracując u kogoś. Jak ktoś boi się pracy w brudzie pozostaje inspekcja lub małe zwierzątka w mieście. Tu bywa różnie. Zawsze można wyjechać do uk tam zwykły wet ma 3 tysiące funtów. Przestańcie lamentować ogarnijcie się.

    • kasia
      24 marca 2016 at 21:12

      Problemem wcale nie jest praca w brudzie. Praca z duzymi zwierzetami to inna bajka i nie ma tu za wiele miejsca na sentymenty.

  12. 30 sierpnia 2017 at 13:33

    Oj do tego zawodu, to trzeba mieć powołanie. Bez tego nie ma co nawet zaczynać. Fajnie się czytało 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.