Pasienie: miejska lama, aussie i owce

Gdy pierwszy raz rozmawiałam z Gambitowym hodowcą na temat moich planów dotyczących sportowej przyszłości szczeniaka na 100% wiedziałam tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, że jego główną aktywnością będzie obedience. Po drugie, że pasienie absolutnie odpada i żadną (nie)ludzką siłą nie dam zaciągnąć siebie i psa do owiec. Na szczęście, Gambit jeszcze nie nauczył się mówić, więc nie może chodzić za mną krok w krok i jak nakręcony powtarzać “A nie mówiłem”.

pasienie_owieczkaMiałam milion wątpliwości związanych zarówno z pasieniem, jak i instynktem pasterskim. Decydując się wprowadzenie do domu psa rasy pasterskiej bardzo obawiałam się tego, jak naturalny instynkt zwierzęcia będzie wpływać na nasze codzienne życie. Śmiało mogę powiedzieć, że perspektywa konieczności radzenia sobie z uparciuchem, próbującym zaganiać biegaczy, rolkarzy, rowery lub w najgorszym wypadku samochody spędzała mi sen z powiek. Szczególnie, że mieszkamy w samym centrum miasta, gdzie wszystkich tych kuszących obiektów jest pod dostatkiem. Dość powiedzieć, że gdy szukałam odpowiedniego dla siebie miotu całkowity brak instynktu pasterskiego u suki hodowlanej uznałam za zaletę.

Osobną sprawą jest nieoczywisty dla mnie aspekt moralny związany z uprawianiem aktywności, jaką jest pasienie. Cieszę się, gdy psy mogą spełniać swoją potrzebę pracy w tym, do czego pierwotnie zostały stworzone, jednocześnie jednak mam świadomość, że coraz częściej ich pomoc nie jest realnie potrzebna. Wykorzystanie psów pasterskich na farmie podczas wykonywania codziennych obowiązków gospodarskich nie budzi we mnie żadnych wątpliwości – praca tych psów jest często niezbędna, przynosi człowiekowi realne, wymierne korzyści. Zupełnie inaczej patrzę jednak na pasienie uprawiane wyłącznie dla sportu i umożliwianie psu realizowania instynktu kosztem innych zwierząt. Z pracy czworonożnego pasterza nie ma wtedy żadnych namacalnych korzyści, może ona natomiast przynieść szkody na przykład w postaci pogryzionych owiec czy zaduszonych gęsi.

W związku z tym wszystkim pewnie nie muszę mówić, że decyzja o wybraniu się na owce nie była dla mnie łatwa, jednak w zeszłą niedzielę ostatecznie dotarliśmy do Dog Zone Ciriline, żeby zobaczyć, czy w Gambicie zostało jeszcze cokolwiek z pastuszka.

pasienie_1Jak przystało na prawdziwą miejską lamę przed tamtym pamiętnym dniem pasienie znałam głównie z zamieszczanych na YouTube filmików, na których trawa jest zawsze soczyście zielona, pasterz leniwym krokiem posuwa się na przód przed grupą zbitych w ciasne stadko owiec, a obrazka dopełnia zamykający pochód, spokojny pies. Naiwnie spodziewałam się więc, że gdy będziemy sprawdzać Gambitowy instynkt (lub wykazywać jego brak) uda mi się zrelaksować i przy okazji złapać trochę Słońca. Pewnie nie muszę mówić, że moje oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Gambit miał cztery wejścia na parkur z owcami. Przy okazji pierwszego okazało się, że chociaż podobno nie da się żadną aktywnością sportową ostatecznie zamordować instynktu pasterskiego to jednak da się go bardzo skutecznie dość głęboko pogrzebać. W tym kontekście mogę powiedzieć, że obedience wychodzi mi nadspodziewanie dobrze – Gambit w pierwszym kontakcie uznał owce za wyrafinowane rozproszenie, które w żadnym razie nie może mu przeszkodzić w zajęciu najsmaczniejszego miejsca na Ziemi przy mojej lewej nodze. Chyba kwadrans spędziliśmy na staniu obok siebie i patrzeniu sobie głęboko w oczy, podczas gdy tuż obok liczące cztery sztuki stadko skubało wątłą trawę.

W tak zwanym międzyczasie wyszło na jaw, że pasienie to zajęcie przeznaczone wyłącznie dla jednostek twardych i zdeterminowanych, którym niestraszne starcie z pędzącą wrzosówką i bliski, niespodziewany kontakt z podłożem. Gdyby wcześniej ktoś powiedział mi, że mój miękki, mały owczareczek tak skutecznie przyprowadzi do mnie zagubioną owieczkę, że ta wpadając na mnie w szaleńczym pędzie skosi mnie niczym kombajn dojrzałe zboże, prawie skręcając kolano z pewnością pukałabym się w głowę. A jednak, stało się. Jakim cudem zdołałam się po tym zebrać na tyle, żeby przetrwać kolejne trzy wejścia pozostanie dla mnie tajemnicą do końca życia. Może kiedyś będzie ze mnie prawdziwy pasterz?

Podczas następnych wejść zmieniłam podejście do psa i zamiast entuzjastycznie zachęcać go głosem oraz mocno chwalić za każdą, najdrobniejszą nawet interakcję ze stadem po prostu chodziłam w owczym towarzystwie, czekając na samodzielne decyzje ze strony psa. Nie przyszło mu to łatwo – w końcu od momentu odebrania z hodowli pokazuję mu konsekwentnie, że powinien zawsze być nakierowany na mnie i mieć głowę otwartą na to, co do niego mówię bez względu na okoliczności. Niemniej, na drugim wejściu po paru minutach coś nagle kliknęło mu w mózgu. Zmiana nastąpiła nagle i była po prostu niesamowita. Ku mojemu zdziwieniu, zamiast stać obok, czekając na moje polecenia Gambit ni stąd ni zowąd zaczął robić rzeczy, które nawet dla mojego laickiego oka wyglądały całkiem pasąco. Chodził za stadem zamiast po mojej lewej stronie, okrążał mnie i owce, zaganiał do pozostałych zagubione sztuki i frustrował się, kiedy przez przypadek zapędzał stado w róg parkuru. Początkowo był bardzo spokojny i opanowany, jednak z każdym wejściem jego entuzjazm, wspomagany moimi głośnymi pochwałami, rósł coraz bardziej. Pod koniec zdarzało mu się nawet rozganiać stado tylko po to, żeby móc ponownie przyprowadzić je do mnie. Nie jestem w stanie ocenić na ile obiecująco zaprezentował się Gambit, niemniej wychodzi na to, że pastersko nie wszystko stracone i być może nawet warto rozważyć, czy rozwijać się również w tym kierunku. Na pewno mnie bardzo brakuje obycia z pracą pasterską, systemu właściwych zachowań i umiejętności odpowiedniego nagradzania psa. Niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że bardziej przeszkadzam niż pomagam. Ogromną trudność sprawiało mi jednocześne kontrolowanie tego, co robią stado, pies i moje własne kończyny. Zwłaszcza, że po pierwszym spektakularnym spotkaniu z podłożem obawiałam się kolejnego, a kolano cały czas mocno dawało o sobie znać. Wystarczy wspomnieć, że gdy Gambit przez chwilę pracował z Lucyną usłyszałam „On to wszystko ma” – ze mną nie było już tak różowo.

Oczywiście, jak zawsze, gdy chodzi o pasienie jestem rozdarta i niezdecydowana. Nie jestem nawet pewna, czy w ogóle mi się taka aktywność podoba. Świetną sprawą jest cała związana z pasieniem otoczka – wyprawa pod Warszawę, w miejsce, w którym próżno marzyć o Internecie LTE w telefonie. Na parkurze natomiast czułam się wyjątkowo pokracznie, chociaż zrzucam to na karb bycia miejską lamą, dla której pasterstwo to coś całkowicie nowego i obcego. Nie zmienia to jednak faktu, że niedzielna wycieczka na owce przyniosła znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. Jak regularne spotkania z owcami wpłynęłyby na nasze życie codzienne? Czy praca z owcami faktycznie buduje i psychicznie wzmacnia psa? Czy to odbije się negatywnie na treningach obedience? Czy warto?

Nie zapomnijcie podzielić się swoimi pasterskimi doświadczeniami w komentarzach!

  6 komentarzy do tekstu: „Pasienie: miejska lama, aussie i owce

  1. Gosia
    15 lipca 2016 at 15:26

    Praca z owcami pomaga w szczególności problematycznym borderom widziałam na własne oczy to potrafi zdziałać cuda :)

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      16 lipca 2016 at 20:28

      Na szczęście Gambit w ogóle nigdy nie miał pomysłów na takie akcje. :)

  2. Yu
    16 lipca 2016 at 18:01

    Przy moim poprzednim psie miałam podobne wątpliwości jak Ty – również trenowaliśmy obi i obawiałam się wpływu pasienia na nasze treningi. Skończyło się na tym, że przez baaardzo długi czas błogosławiłam dzień, w którym dałam się namówić na pójście ‚na owce’ 😉 Po pierwsze – pies znacznie łatwiej skupiał się na treningach obi, mniej się rozpraszał, dzięki pasieniu miał szansę ‚spuścić parę’. Po drugie, co dla mnie było nawet ważniejsze – zyskał pewność siebie, której mu wcześniej brakowało a której przy samym obi nie udało nam się wypracować. Można by rzec, że dzięki owcom Aki z chłopca stał się mężczyzną 😉 Z drugiej strony, jeśli u Was nie ma problemów z charakterem psa ani ze skupianiem się na treningach, to wydaje mi się, że trzeba by tu zachować ostrożność, na bieżąco obserwować wpływ pasienia na treningi obedience – bo faktycznie, jest możliwość, że owce Gambitowi w główce zamieszają 😉 Tak czy siak, osobiście zachęcam do dalszych prób, u nas pastuszkowanie sprawdziło się świetnie ^^

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      16 lipca 2016 at 18:09

      Wow, dzięki za ten głos! Co do charakteru psa, to ogólnie Gambit raczej nie ma problemu z rozproszeniami, natomiast jest dośc miękkim psem – momentami zbyt miękkim, szczególnie, gdy chodzi o znoszenie presji ze strony przewodnika i wcale nie obraziłabym się, gdyby pasienie go trochę wzmocniło. Miło jest przeczytać, że sa na to szanse! :)

  3. 17 lipca 2016 at 12:33

    Pięknie! 😀 Ja się tak zapieram nogami przed obidjęsami, ale odkąd Pippin ma kontuzję i wszelkie hopsasania są nam zabronione… coraz ładniej wychodzi mu dostawianie się i zmiana pozycji 😉

  4. 21 lipca 2016 at 16:14

    po Twojej opowieści i po komentarzach mam ochotę bardziej zagłębić się w ten temat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.