Cały ten sport

Sporty kynologiczne są przedmiotem zainteresowania coraz większej liczby osób. Wiele mówi się o ich pozytywnym wpływie na kondycję psychiczną psa, relację z właścicielem oraz rozwój fizyczny zwierzęcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że ktoś kto ma psa (szczególnie rasy zaliczanej do pierwszej grupy FCI!) i nie startuje w zawodach żadnej z kynologicznych dyscyplin robi zwierzęciu krzywdę. Bo czy może być coś lepszego niż wspólne pląsanie po tęczy porozumienia i czerpanie pełnymi garściami wynikających z uprawiania sportu benefitów? Z pewnością nie!

Fotograficzne podsumowanie udanych stratów w krótkiej obedience’owej karierze Gambita.

Przypuszczam, że tekst ów z powodzeniem można by zakończyć na powyższym stwierdzeniu – nikt wszak nie wątpi w dobroczynność sportowej aktywności. Problem w tym, że cała ta kucyczna narracja, w którą wszyscy wokoło opakowują sporty kynologiczne niezupełnie mi odpowiada. Więcej nawet, uważam, że chociaż lukier i róż wydają się atrakcyjne oraz odpowiednio wpisują się w estetykę rodem z Instagrama to z esencją sportu mają niewiele wspólnego.

Bo sport to przede wszystkim współzawodnictwo. Rywalizacja. Walka. A tam, gdzie pojawiają się te elementy krew, pot i łzy leją się znacznie częściej niż lukier.

Wbrew pozorom, nie uważam, aby w sporcie z psem chodziło wyłącznie o zdobycie miejsca na podium za wszelką cenę, chociaż bez wątpienia mierzone lokatami osiągnięcia są istotnym elementem sportowej rywalizacji. Dla mnie sport oznacza systematyczne dążenie do doskonałości w ramach danej dyscypliny kynologicznej. Co w smaku często przypomina raczej gumy do żucia Shock niż lukrowane pączki.

Dążenie do doskonałości nie jest wszak prostą sprawą. To kręta droga, na której często roi się od rozmaitych przeszkód, a nie równy, strzelisty łuk tęczy. Na dążenie do doskonałości składa się bowiem zwykle szereg czynności nudnych i nieprzyjemnych.

Na początku jest to świadoma, często gorzka refleksja, która umożliwi zidentyfikowanie słabych stron swoich i czworonożnego partnera. Pokazanie palcem problemu. Powiedzenie sobie wprost: nie kontroluję swojego ciała i przez to przeszkadzam psu na zawodach, nie umiem dobrze rzucać frisbee, nie radzę sobie z zapamiętam toru agility. Pogodzenie się z tym, że nasz Fafik nie jest tak doskonały, jakbyśmy sobie tego życzyli: agresja do psów sprawia, że pojawienie się na zawodach kompletnie przerasta go mentalnie, technika skoku do zabawki woła o pomstę do nieba, strefy to dla niego najczarniejsza z czarnych magii bez względu na stosowane metody treningowe. Wiele można dzięki takiej refleksji osiągnąć, przyznać jednak trzeba wytykanie słabych stron sobie i swojemu partnerowi nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, którymi można zajmować się w życiu. Czasem po takiej refleksji człowiek ma ochotę usiąść w kąciku i płakać albo szybciutko zmienić dyscyplinę. Szczególnie, gdy ta refleksja przychodzi o po wyjątkowo nieudanym występie na zawodach.

Akceptacja tych gorzkich wniosków to pierwszy krok do sukcesu, ale niestety wcale nie ten najtrudniejszy. Bo gdy się już wszystkie te słabości, błędy i problemy zaakceptuje trzeba zacząć nad nimi pracować. Robienie tego, w czym jest się dobrym to coś, ku czemu wszyscy naturalnie się kierujemy – łatwe i przyjemne zajęcie. Nieustanne szlifowanie najlepszych ćwiczeń, tych pewniaków, które zawsze wychodzą na zawodach daje gwarancję radosnego, udanego treningu. Jednocześnie, owocuje takim treningiem, który nigdy nie pozwoli wykonać kolejnego kroku naprzód. Znalezienie w sobie motywacji, by systematycznie zajmować się tym, co idzie opornie i czego z oczywistych względów ogromnie nie lubimy jest z kolei niezwykle trudne, mimo że konieczne, aby po następnych zawodach móc odnieść sukces. Wiem co mówię, bo były czasy, gdy chodzenie przy nodze było najsłabszym ćwiczeniem Gambita. Tak samo zmiany pozycji, czy kwadrat, który do niedawna był dla mnie źródłem niekończącej się frustracji. Szukanie coraz to nowych metod i postępy wyznaczane sukcesami tak małymi, że aby je dostrzec potrzeba mikroskopu to czasem codzienność sportowego zespołu.

I o to chodzi. Bo sport to przede wszystkim współzawodnictwo. Rywalizacja. Walka. Nieustanne ściganie się z samym sobą.

  11 komentarzy do tekstu: „Cały ten sport

  1. unicorn hunters
    20 października 2017 at 20:10

    Bardzo ciekawe wnioski. Ja mam małe doświadczenie, na szczęście spodziewając się katastrofy wyszłam całkiem nieźle i na przysłowiowym lukrze zakończyłam swój przebieg. Na codzień widuję swojego trenera, który bardzo mi imponuje i widzę ile wysiłku, poświęcenia i nerwów kosztują treningi.Często zanim wyjdzie z psem robi kilka głębokich wdechów. To zupełnie co innego niż radosne pląsanie, gdzie pies może robić jakkolwiek, ale jak ma fajną obrożę i ładnie wychodzi na zdjęciach to może być. Sport jest dosłownie do bolu dokładny i wymusza coraz więcej.
    Jednak do samych zawodów mam nieco inne podejście, bliższe temu które ma mój trener. Zawody mają być świętem, podsumowaniem wszystkeigo co robisz. Świetny sędzia sprawdza jak szły Ci ostatnie miesiące, obiektywnie i dokładnie oceniając wszystko po kolei dając wspaniały punkt odniesienia na kolejne miesiące treningów. Nie myślę o zawodach jedynie jako o formie rywalizacji, ale też jako o bezstronnym sprawdzeniu tego co robiłam przez x czasu przez doświadczonego znawcę.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 października 2017 at 20:19

      Też tak mam, że muszę sobie czasem głęboko odetchnąć przed treningiem, zwłaszcza, jak na tapetę idzie coś, czego szczerze nie lubię (aktualnie aport węchowy). 😉
      Zauważ, że tutaj piszę o uprawianiu sportu z psem – nie o startowaniu w zawodach. Zawody są, oczywiście, ważnym elementem uprawiania sportu, ale po pierwsze to kropla w morzu czasochęci jakie poświęca się na sport, a po drugie dość śliska sprawa, bo niezawsze wygrana w zawodach oznacza jakikolwiek realny postęp z perspektywy danego zespołu. Czasem słabszy punktowo start jest z perspektywy indywidualnych celów szkoleniowych zdecydowanie bardziej wartościowy i lepszy niż ten oceniony wysoko. Zawody na pewno są sprawdzeniem w jakim idzie się szkoleniowo kierunku i bez nich nie da się tak sprawdzić siebie i psa, bo treningowi nigdy nie będą towarzyszyły te same emocje, ale chyba daleko mi do określania tego sprawdzenia mianem obiektywnego czy bezstronnego – sędziowie są różni, są mody i preferencje, rozmaite warunki, mocniejsze i słabsze stawki. Myślę, że na zawody również trzeba umieć spojrzeć krytycznym okiem.

      • unicorn hunters
        20 października 2017 at 20:25

        A jakbyś określiła, czym są według Ciebie zawody? I czym kierujesz się je wybierając? Bardzo ciekawa odpowiedź, faktycznie, masz rację, chociaż popatrzyłyśmy z zupełnie innych perspektyw na Twój post 🙂

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        20 października 2017 at 20:32

        To zależy. Wiem, że to straszliwie słaba odpowiedź, bo może oznaczać milion rzeczy, ale taka jest prawda. To, czym są zawody zależy od tego na jakim etapie jestem z psem treningu – bywają sprawdzianem, bywają celem, bywają kolejenym treningiem. Przykładowo, jeżeli jadę na zawody z psem, który nie umie wszystkich ćwiczeń i wiem, że złapie 0 to wiadomo, że takie zawody to żaden obiektywny sprawdzian (np. Gdynia w 2017 dla mnie), a po prostu okazja do tego, aby otrzaskać się z zawodami, popracować nad swoim stresem, ruchami, emcojami towarzyszącymi startowaniu (bo mam z tym problem). Jeżeli jadę z przygotowanym psem, który trenował konkretnie pod zawody w ostatnim czasiem to to faktycznie jest dla mnie sprawdzian (np. Sopot 2017), ale mimo to myśląc o występie na tych zawodach nie patrzę wyłącznie na kartę oceny (chociaż, wiadomo, jest ona dla mnie ważną wskazówką w planowaniu kolejnych treningów), tylko analizuję z trenerem film, żeby wyciągnąć z niego błędy techniczne (sędzia wcale niekoniecznie musiał je zauważyć), zastanawiam się, jak się czułam podczas startu, jak czuł się pies, etc.

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        20 października 2017 at 20:36

        I jeszcze w kwestii techniki, ważne jest też to, że sędzia widzi mojego psa tylko na zawodach, nie zna go z treningów. To oznacza, że np. słabe z mojej perspektywy chodzenie przy nodze może zostać uznane za świetne, bo sędzia nie wie, na co w rzeczywistości w tym ćwiczeniu stać mojego psa. Albo, z drugiej strony, ćwiczenie słabsze może zostać ocenione wysoko, bo akurat sędzia przeoczy błąd lub ze względu na bardzo korzystne warunki pies zrobi je jak na swoje możliwości wyjątkowo dobrze, ale 10 punktów z takich zawodów w żaden sposób nie zwalnia mnie z pracy nad tym konkretnym ćwiczeniem.

      • unicorn hunters
        20 października 2017 at 20:43

        Nie uważasz, że świadomość startu z nieprzygotowanym psem może na długo psuć jego wyraz na zawodach? Bo psy wiedza kiedy jest trening, a kiedy zawody, więc są świadome braku i nagrody i konsekwencji złych zachowań. Ja tak widze ten swój mini- start- wiedziałam, że mogę tym napsuć wiele rzeczy i myślę, że nie zdecydowałabym się na coś takeigo w wyższej klasie. Dookoła słyszę, że na zawody należy być pewnym na 300% i jeżeli cokolwiek nie jest jasne, to się nie powinno startować. Widzę też, że w obedience podejście jest nieco inne, panuje pogląd dotyczący otrzaskania się z zawodami- nie do końca rozumiem w jaki sposób to działa.
        Tak, zgadzam się, że sędzia nie zna psa więc może ocenić słabą pracę dobrze lub odwrotnie, ale z drugiej strony sędzia powinien oceniać zgodnie z wytycznymi, które są obiektywne(?)

  2. Pies do kwadratu
    Pies do kwadratu
    20 października 2017 at 21:00

    Myślę, że to zależy od psa. Jasne, że psy wiedzą, kiedy są na zawodach, a kiedy a na treningu, ale to wcale nie oznacza, że każdemu psu start bez przygotowania na 300% zrobi źle, chociaż bez wątpienia są i takie. To zależy od bardzo wielu czynników (jak pies reaguje na błąd, jak się go poprawia podczas treningów kiedy ten błąd nastąpi, czy robi rzeczy na pałę, czy faktycznie jest z przewodnikiem). Są takie psy, które rzeczywiście startują wyłącznie wtedy kiedy są przygotowane na 300%, bo w przeciwnym razie zaczynają robić po swojemu i w ogóle przestają potrzebować przewodnika, są takie, które potrzebują raczej pokazania, że w błąd w oficjalnej sytuacji kiedy przewodnik się stresuje to nie jest tragedia, po której trzeba popełnić samobójstwo. Sądzę, że aby zdecydować, czy i kiedy się startuje trzeba po pierwsze po prostu znać swojego psa, dotrzeć się w nim w pracy (co trwa czasem bardzo długo, ja wciąż nie czuję, abyśmy z Gambitem zawsze, na 100% nadawali na tych samych falach), a po drugie (świetnie opisała to ostatnio Jagna na swoim blogu!) mieć świadomość swoich możliwości i wchodzić na ring z konkretnymi założeniami a także z takimi samymi założeniami z niego schodzić. Czyli, jak jadę z psem nieprzygotowanym tylko po to, żeby mu pokazać „Patrz, są zawody, wyzerowałeś ćwiczenie, ale wciąż Cię kocham” i moim celem jest dbanie o swoje i jego emocje w przebegu to potem nie schodzę z ringu wkurzona, bo start z oceną dobrą, tylko zadowolona, bo mój pies zrobił błąd, wiedział, że zrobił błąd, ale podniósł się po tym i potem zrobił w super emocjach kolejne ćwiczenie.

  3. Krystyna Tokaruk
    22 października 2017 at 21:32

    W sumie, to się nie zgodzę. Nie wiem, może mam „łatwe” psy, albo jakoś nam idzie, ale mimo dołów pt „dzikie strefy Puczinki” tudzież „krwiożercze zapędy wobec innych istot na torze”, mamy fun. Nie myślę na zawodach o walce o cośtam, na treningu też nie. Myślę o celach, o tym jak do nich dotrzeć i cieszę się z czasu z moim psem. Po spieprzonych zawodach, nadal czekam podekscytowana na następne, a treningi i zawody to moje sanktuarium szczęścia i zawsze jak mi w życiu nie idzie, idę na tor. 😉 Także, ja walki, smutku i krwi nie widzę.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      26 października 2017 at 21:20

      Ja też mam fun i uwielbiam spędzać czas ze swoim psem, w ten czy inny sposób, co nie przeszkadza mi dążyć do bardzo konkretnego celu i na chłodno analizować swoje i psa osiągnięcia. 🙂

  4. 23 października 2017 at 14:53

    Ja to uwielbiam biegać z psem 🙂 Dodaje mi kopa i motywacji do działania.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      26 października 2017 at 21:21

      Hej, Krzysztofie! Rozumiem, że chciałeś koniecznie zostawić tu link do swojego sklepu – jeżeli interesuje Cię reklama na blogu możesz skontaktować się ze mną drogą mailową, ale proszę nie zostawiaj więcej komenatrzy ewidentnie świadczących o tym, że nie przeczytałeś tekstu, a jedynym Twoim celem reklama. Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.