Kariera w psim biznesie: ratownictwo z psem

Powiedzieć „swoją przyszłość wiążę z psami” jest łatwo, trudniej natomiast określić co dokładnie takie stwierdzenie oznacza. Na pytanie o to, czym można się zajmować – zarówno w zawodowym, jak i hobbystycznym aspekcie – tak, aby psy były stale obecne w życiu postaram się odpowiedzieć w cyklu rozmów z rozmaitymi specjalistami z zakresu szeroko pojętej kynologii. Dziś przed Wami tajniki swojego zajęcia ujawni Barbara Grel, której głównym zainteresowaniem jest ratownictwo z psem – tak szkolenie psów ratowniczych, jak i udział w akcjach poszukiwawczych razem z Małopolską Cywilną Grupą Poszukiwawczo-Ratowniczą.

D.: Cześć, Basiu! Bardzo dziękuję Ci, że zgodziłaś się poświęcić mi swój czas. Zacznijmy od najbardziej podstawowej kwestii: czym dokładnie zajmują się psy ratownicze? Mamy psy, które wyszukują ludzi uwięzionych pod gruzami, takie które szukają zaginionych w terenie, te które pomagają ratować tonących… I to wszystko jest ratownictwo?
BG:
Ratownictwo dzieli się na wodne, lawinowe, gruzowiskowe i terenowe. Osobiście, podciągnęłabym pod to również tropienie, z tym, że w Polsce nie podlega ono pod system ratowniczy, a pod Policję. W Polsce psy ratownicze terenowe i gruzowiskowe egzaminuje oraz szkoli Państwowa Straż Pożarna, psy lawinowe – TOPR, a psy wodne – WOPR. Wszystkie te organizacje mają swoje wewnętrzne wytyczne i egzaminy.

Ślady natomiast podlegają pod Policję, a Państwowa Straż Pożarna w ogóle nie przewiduje egzaminów dla psów tropiących. Ostatnio to coraz większy problem, bo jest więcej osób, które tropią, chciałyby robić coś bardziej na serio, a nie bardzo się da.

D.: Rozumiem, że mówimy w tym wypadku o tropieniu użytkowym?
BG: Tak. W mantrailingu problem polega też na tym, że pracując zgodnie z założeniami tej dyscypliny w ogóle nie skupia się na przedmiotach – psy nie zaznaczają przedmiotów, a to z kolei jest ważne w ratownictwie. Każdy znaleziony przedmiot jest bardzo istotny. W IRO są ślady, ale to raczej niepopularne. Tylko raz widziałam, że na zawodach była zrobiona konkurencja śladów i zgłoszone były do niej dwa psy. Tam na śladach są przedmioty, które psy muszą znaleźć.

Wracając do ratownictwa… Definicja jest, jak widać, niezmiernie rozległa. Myślę, że najłatwiej uznać, że jeżeli ktoś certyfikuje psa i jeździ na akcje to robi ratownictwo, powiedzmy użytkowe. Są również grupy czysto sportowe, które szkolą psy pod IRO wyłącznie po to, żeby jeździć na egzaminy i zaliczać kolejne klasy z psami – traktują to, jak każdy inny sport.

D.: Nie sposób chyba zajmować się wszystkimi tymi aspektami ratownictwa na raz?
BG:
To byłoby bardzo trudne. Ja mam psy terenowe i gruzowiskowe, takie też szkolę w ramach Małopolskiej Cywilnej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej.

D.: Razem z Grupą zajmujesz się takim ratownictwem użytkowym? Jeździcie na akcje, pomagacie służbom szukać zaginionych ludzi…
BG:
W Grupie tak, ale oprócz tego ze swoimi psami jeżdżę na zawody. Bo lubię.

D:. Gdybym też chciała robić to ze swoim psem od czego powinnam zacząć? Załóżmy, że mam szczeniaczka i chciałabym w przyszłości zajmować się ratownictwem, uczestniczyć w akcjach poszukiwawczych… Jak się za to zabrać?
BG:
Zacznij krok wcześniej – zanim kupisz szczeniaczka. Idealnie byłoby jeszcze zanim się weźmie szczeniaczka dokładnie przemyśleć po co ten szczeniaczek będzie i co będziesz z nim robić.

D.: Właśnie do tego zmierzam: jakie rasy rekomendujesz do ratownictwa i jakie cechy powinny posiadać psy, które będą szkolone w tym kierunku?
BG:
Nie ma jednej, określonej rasy, która najlepiej sprawdza się w ratownictwie. To raczej pewien typ psa.

Pożądany byłby pies średniej wielkości, nie za mały, nie za duży, o normalnej sierści, a więc z włosem okrywowym i podszerstkiem – żeby spływała po nim woda, żeby długi włos nie plątał się w krzakach, żeby się nie przegrzewał, żeby nie marzł. Marzną na przykład pozbawione podszerstka dobermany. Czasem trzeba bardzo długo czekać, choćby na przyjazd Policji, a jest styczeń i wtedy te psy naprawdę nie czują się komfortowo. To nie jest wydumany problem, bo to faktycznie przeszkadza im w pracy. Tyłki dosłownie im przymarzają do podłoża. Nawet, jak się im da kocyki. Odpadają psy z krótką kufą, wszystkie boksery, mopsiki – do sportu może by się jeszcze dało, nos mają, ale generalnie z nimi jest coraz większy problem jeżeli chodzi o ryzyko przegrzania. Nie są w stanie pracować. Na pewno znajdą się jakieś wyjątki, ale nie należy iść w stronę wyjątków. Lepiej poszukać czegoś typowego: owczarki niemieckie użytkowe, bordery, owczarki australijskie. Ja mam cattle dogi, które nie są wprawdzie jakoś strasznie popularne, ale moim zdaniem całkiem nieźle się nadają. Labradory, goldeny. Przede wszystkim pierwsza grupa FCI albo retrievery, bo to są psy blisko współpracujące z człowiekiem.

Oburzą się pewnie miłośnicy wilczaków, ale nie chciałabym mieć takiego psa w Grupie – ciężko jest o fajnego wilczaka, który będzie odpowiednio współpracował. Co z tego, że ma nos i jest niesamowicie sprawny fizycznie, jak nie mogę odpiąć go z linki i puścić w lesie. Psa dyskwalifikują też takie cechy, jak agresja do ludzi czy lękliwość.

D.: A propos lękliwości, jeżeli chodzi o cechy charakteru to…
BG:
Chciałabym, żeby szczeniak był socjalny do ludzi i żeby przynajmniej przejawiał zainteresowanie aportem. Nie oczekuję, że 8-tygodniowy piesek będzie przynosił aport, ale dobrze, aby miał odruch gonienia czegoś, a jak pobiegnie i przyniesie piłeczkę to w ogóle rewelacja. Niekoniecznie musi być niesamowicie odważny, szczególnie, że u szczeniąt to się bardzo szybko zmienia. W danym tygodniu szczeniak może być bardzo odważny, za tydzień będzie siedział pod szafą i mu to przejdzie. Bardziej patrzę więc na to, jak szczeniak reaguje na różne rzeczy – może się przestraszyć, ale ważne, aby szybko wracał do równowagi i za chwilę zaciekowiony sprawdzał co właściwie go przestraszyło. Taki pies sobie poradzi. Jeżeli natomiast cały czas wciska się w kąt, jest mało socjalny, nieciekawy to szkoda go brać z myślą o ratownictwie.

D.: Zgodnie z wzorcem owczarki australijskie są wycofane do obcych ludzi to jak to jest z tą socjalnością?
BG:
One nie muszą kochać ludzi, one mają ludzi tolerować lub widzieć w nich źródło zysku.

Pamiętaj, że każdy pies potrafi znaleźć zaginionego – szkolony czy nieszkolony. Problem pojawia się w momencie, kiedy chcemy, aby pies poinformował nas o tym, że go znalazł. Najprostsze, co pies może zrobić to szczekanie nad tą osobą, ale przecież nie wszystkie psy szczekają. Niektóre na przykład nie chcą szczekać na tę obcą osobę, wolą wrócić do swojego przewodnika. Mamy więc różne sposoby oznaczania zaginionego z wykorzystaniem oszczekania: szczekanie na pozorancie oraz meldunek gdy pies po znalezieniu wraca do przewodnika i szczeka na niego, a przewodnik wie wtedy, że pies znalazł pozoranta i wydaje komendę, żeby pies go do niego zaprowadził.

D.: Pies prowadzi do zaginionego luzem czy na lince?
BG:
Może być i tak i tak. Co prawda różne regulaminy różnie do tego podchodzą, ale warto ćwiczyć obydwie opcje. Łatwiej jest na lince, bo się po prostu nadąża za psem. Czasem z kolei jest tak ciężki teren, że lepiej puścić psa. Wtedy najczęściej kursuje on między tym znalezionym człowiekiem, a przewodnikiem zmierzającym na miejsce.

D.: A jeżeli pies w ogóle nie szczeka?
BG:
Wtedy można wykorzystać trzecią możliwość, rolkę, inaczej bringsell. Pies ma przypiętą rolkę przy obroży – to kawałek rzemyka albo splecionego sznurka. To znacznik, który pies sam podejmuje, kiedy znajdzie człowieka: łapie rolkę w pysk, wraca z tym do przewodnika, dla którego fakt, że pies wrócił z aportem jest informacją o znalezieniu zaginionego.

D.: Zdarzają się psy, które są tak wkręcone w aportowanie rolki, że nawet jak nikogo nie znajdą to lecą z rolką w pysku do przewodnika?
BG:
Oczywiście, to typowy problem szkoleniowy. Najłatwiej według mnie robić oszczekiwanie pozoranta, w drugiej kolejności jest rolka – dużo czasu trwa nauczenie tego elementu i faktycznie psy bardzo szybko uczą się, że jak wracają z rolką to przewodnik się cieszy. A poza tym samo to, że coś zwisa i dynda podkręca psa do łapania.

D.: A meldunek? Wydaje się, że to dość łatwe – przecież ludzie uczą “Daj głos!” jako jedną z typowych, zwykłych sztuczek.
BG:
Tak, ale bardzo łatwo jest wymusić na psie oznaczanie. Powiedzmy, sytuacja jest taka, że idę sobie przez las z psem meldującym. Pies zniknął w krzakach i ja “O, coś ma”. Zatrzymuję się i samo to, że się zatrzymałam może być dla psa sygnałem, że warto do mnie wrócić i na mnie naszczekać. On wróci, poszczeka, ja go pochwalę i daję “Prowadź”. On nie wie gdzie, bo nic nie znalazł, ale ochoczo ciągnie mnie przez te krzaki, po czym dochodzimy do wniosku, że to jednak nic, ale pies miał frajdę i błędne oznaczanie się wzmacnia. Wystarczy czasem, że się po prostu zatrzymam, wstrzymam oddech, popatrzę na psa, bo gdzieś biegnie, ja staję jak wryta i już mamy błędne oznaczenie. Użytkowo to jeszcze pół biedy, bo go wyślę drugi, trzeci, czy czwarty raz i w końcu przestanie sobie to robić, zwłaszcza jak się trochę zmęczy, ale na egzaminie to jest bardzo problematyczne.

Sędzia, gdy zobaczy choćby to, że nerwowo poprawiam włosy może uznać, że to jest pomaganie psu, że mam taki sygnał dla psa, żeby oznaczał. Szczególnie, że niektóre psy nie chcą oznaczać: widzimy, że pies podbiega do pozoranta, który jest w zasięgu wzroku, widzimy, że węszy nad jakąś kupką liści, ogon mu chodzi, ale nie chce wracać, albo nie chce zacząć szczekać. W takiej sytuacji przewodnik próbuje jakoś popchnąć psa do oznaczania i tak naprawdę w tym momencie sędzia powinien przerwać egzamin, bo wymuszanie oznaczania jest dużym błędem. Działa to też niestety w drugą stronę, bo każdy gest, nawet zupełnie niewinny, może zostać przez sędziego odczytany jako pomoc lub wymuszanie oznaczania. To jest trudność w tym meldunku.

D.: Rozumiem, że pozoranci są przyzwyczajeni do szczekających na nich psów, ale czy w czasie prawdziwych akcji, gdy mowa o ratownictwie użytkowym, zaginiony się nie boi?
BG:
Boi się, ale uznajemy, że lepiej przestraszony znaleziony niż zaginiony. To jest w ogóle w dużej mierze kwestia filozofii szkolenia. Są na przykład organizacje, które uznają tylko i wyłącznie jedną metodę oznaczenia, czyli rolkę, właśnie po to, żeby nie ingerować w zachowanie i emocje poszukiwanego. Słynny i powtarzany jak mantra jest przykład dziecka stojącego na skraju przepaści i cofającego się przed szczekającym psem. Co prawda w życiu mi się coś takiego nie zdarzyło, ale potencjalnie jest to przecież możliwe.

D.: Dziecko nad przepaścią brzmi rzeczywiście nieco nieprawdopodobnie, ale ktoś z poważnym urazem kręgosłupa, który może się pogłębić, kiedy poszkodowany będzie próbował odsunąć się od psa to już całkiem prawdopodobny scenariusz…
BG:
Może sobie pogorszyć stan, to prawda. To, o czym mówię, obowiązuje w STORAT, pani Gutowska uznaje wyłącznie psy rolkowe. Jest to fajne, bo faktycznie bez względu na to, jak się zachowuje poszukiwany pies ma łatwy sposób, aby pokazać, że go znalazł i może wrócić do przewodnika. Z kolei pies oszczekujący musi zostać przy zaginionym i szczekać na każdą osobę – bez względu na to, czy jest ona agresywna, pijana, chora psychicznie, czy nieprzytomna. Powinien oznaczać na każdej osobie i szczekać w sposób socjalny, a jeżeli ktoś się zachowuje agresywnie to ten pies może na przykład przestać szczekać, nie chcieć zostać w towarzystwie tego człowieka, a pies rolkowy po prostu podbiega, stwierdza obecność zaginionego, zabiera rolkę i wraca. Potem, gdy ponownie widzi zaginionego, jest z przewodnikiem, czyli ma kogoś za plecami, kto pomoże mu poradzić sobie z trudną sytuacją. Pies szczekający jest sam.

D.: Rzeczywiście. Kiedy myślę o takich poszukiwaniach to wyobrażam sobie nieprzyjemnego człowieka, który leży bez ruchu, a przecież to wcale nie musi tak wyglądać, masz rację.
BG:
Dokładnie, w życiu bywa różnie, dlatego nie ma idealnej metody oznaczania. W Skandynawii chociażby robi się głównie rolkę właśnie dlatego, aby się ludzie nie bali. Po drugie, na dużych przestrzeniach rolka jest wygodniejsza – czasami, gdy pies jest wyjątkowo daleko, można nie usłyszeć jak szczeka. Gdy pada deszcz, mam kaptur na głowie, krople bębnią o materiał to w ogóle nic nie słyszę, mimo że pies znajduje się 500-600 metrów ode mnie, a przecież one naprawdę nie szczekają cicho!

D.: Jest też chyba druga strona medalu… W przypadku rolki pies zauważa człowieka, łapie rolkę i biegnie do przewodnika, a człowiek może pobiec w przeciwnym kierunku.
BG:
Przy chodzącym, przytomnym człowieku zawsze może się zdarzyć, że będzie się on przemieszczał, ale jeżeli pies wraca z rolką to mamy informację, że zaginiony był gdzieś w tym rejonie, co pozwala bardzo zacieśnić teren poszukiwań. W takiej sytuacji możemy nawet zacząć nawoływać. Zresztą, rzadko ćwiczymy chodzących i dziwnie zachowujących się pozorantów, bo jeżeli ktoś może chodzić to nie wymaga tak bardzo naszej pomocy. Nie jest to do końca prawda, ale częściowo owszem, w pierwszej kolejności wymaga pomocy nieprzytomny.

Kwestia oznaczania osób to trudny wybór i spory dylemat dla wszystkich, którzy zaczynają robić ratownictwo, a nawet dla bardziej doświadczonych przewodników. Każdy kolejny pies stanowi pod tym względem zagadkę. Szczekanie, meldunek, rolkę? Każda metoda ma wady i zalety.

D.: A Twoje psy, Guerra i Orso?
BG:
Szczekają. Szczekają, bo są rozdarte i lubią szczekać, po prostu. Ja lubię zrobić oznaczanie tak, żeby odpowiadało to psu. Jeżeli mam psa, który lubi ludzi, lubi z nimi zostawać, lubi się bawić z obcymi i łatwo przechodzi w szczekanie to wolę, żeby był szczekający. Jeżeli jest pies, który pracuje nie dla obcej osoby, ale dla swojego przewodnika to niech melduje albo przynosi rolkę, skoro nie pracuje dla pozoranta. Moje psy pracują dla pozoranta, bo to on ich nagradza – ja się ograniczam do tego, żeby wybrać teren i spuścić psa ze smyczy i to jest cała moja robota. Resztę robi pozorant. Z kolei dla psów rolkowych robotę robi przewodnik. W zależności od tego, jakiego psa sobie weźmiemy to tak będziemy pracować. Gdyby ktoś zdecydował się na przykład na łajkę to trochę byłoby śmiesznie robić z nią rolkę, skoro to jest pies z natury szczekający. W Grupie mamy labradora, który nie chce szczekać, próbowaliśmy skłonić go do szczekania i ten pies przez to nie lubił pracy. Odpuściliśmy, zamiast szczekania zrobiliśmy na rolkę i jest.

D.: Wróćmy jeszcze do szczeniaczków… Wybrałam sobie rasę i…
BG:
Szukam hodowcy, który nie trzyma szczeniaczków przez 8 tygodni w domu, tylko takiego, który zaprosi różnych ludzi, pokaże psom różne podłoża, zabierze je gdzieś. Na przykład Ewa Osuch zawoziła szczeniaki w bagażniku to supermarketu, wsadzała je do metalowego wózka i tak chodziła z nimi po parkingu. Miały i obce miejsce, nowe dźwięki i niestabilne, niemiłe podłoże (metalowy koszyk). Dla szczeniaka to całe morze nowych doświadczeń. Zabierała je na spacery, wynajdywała jakieś budowy w okolicach, pokazywała, że po świecie jeżdżą samochody i rowerzyści. Lubię mieć już zsocjalizowanego szczeniaka, z którym ktoś coś zdążył zrobić. Oczywiście, bez przegięć, że od razu woził na gruzy i kazał chodzić po przeszkodach, ale żeby to nie był pies, który początek życia przesiedział w kojcu.

D.: Jak już dostaję takiego szczeniaczka to oczywiście z jednej strony kontynuuję z nim tę pracę socjalizacyjną, a z drugiej… Kiedy mogę zacząć takie realne szkolenie pod ratownictwo?
BG:
Właściwie od razu. Pierwsze treningi wyglądają tak, że przychodzi się ze szczeniaczkiem do Grupy i obcy ludzie tego szczeniaczka chwalą, głaszczą bawią się z nim, karmią go, budują skojarzenia, że na treningu jest fajnie, że obcy ludzie są fajni. Potem zaczyna się robić tak, że ktoś mu kawałek odejdzie, na razie na skoszonym trawniku, potem na trochę gęstszej trawie, a potem trochę dalej, a potem piesek nie widzi odchodzącego pozoranta, puszczamy go tylko w stożek zapachowy, tak, żeby wiatr niósł zapach, podpowiadamy na początku, potem przestajemy podpowiadać i z czasem budujemy go, aby był coraz bardziej samodzielny.

D.: Czy pies dostaje jakiś przedmiot do nawąchania, jak w tropieniu?
BG:
Nie. Można by psa uczyć pracy górnym wiatrem z nawęszenia i wskazania konkretnej osoby, ale w praktyce się tego nie robi. Dlatego my nigdy nie pracujemy w mieście. Nie przeszukamy miasta, ulicy, bo nasze psy mają wskazać żywą osobę, a miasto oznacza dużo ludzi.

D.: Ile trwa wyszkolenie psa od szczeniaczka, do takiego psa który może jeździć na akcje?
BG:
Pierwsze egzaminy pies może zdawać w Straży, kiedy ma 18 miesięcy. Zdaje tak zwaną zerówkę – egzamin kwalifikacyjny, a właściwie test, który ma określić, czy nadaje się do dalszego szkolenia. Pierwszy prawdziwy egzamin pies może zdawać, kiedy ma 24 miesiące i to jest określone przez przepisy. Z przepisami jednak też jest problem, ponieważ inne regulacje dotyczą Ochotniczej Straży Pożarnej, a inne grup cywilnych. W OSP nie powinno być takiej sytuacji, w której na akcję jedzie pies bez certyfikacji, jeżeli ktoś się na to decyduje to jest to niezgodnie z obowiązującą ustawą. Grupy cywilne nie są tym ograniczone – działają we współpracy z Policją i jeżeli ona wyraża zgodę na ich udział w akcji to nie trzeba mieć certyfikatów. Ja jednak upieram się, aby nasze psy miały certyfikaty, bo jeżeli Twój pies potrafi szukać to zdanie egzaminu nie powinno być problemem.

D.: A co mieści się w zakresie tych egzaminów? Zerówki i jedynki? Jak one wyglądają?
BG
: W Straży Pożarnej zerówka terenowa to jest znalezienie dwóch pozorantów. Najpierw jest na 100 metrów długa ścieżka, 50 w prawo, 50 w lewo jest sektor, przewodnik porusza się tylko ścieżką i wysyła psa na boki – tam na pewno jest jeden pozorant, po prawej lub po lewej stronie. Pies musi go znaleźć. Jeżeli to zrobi, przechodzi do drugiego etapu – w sektor. To wyznaczony w lesie około 4-hektarowy kawałek terenu. W sektorze jest schowanych dwóch pozorantów. Jeden jest w tzw. strefie – w sektorze również są strefy, dwie, do których nie wolno wejść przewodnikowi. Są wyznaczone taśmą. Pozostała część sektora jest dostępna dla przewodnika, który może dowolnie się po niej poruszać. Jeden pozorant jest na pewno w strefie, jeden na pewno poza strefą. Pies zerówkowy musi znaleźć jednego z nich. Po tym może zakończyć egzamin lub szukać ostatniego, trzeciego pozoranta – to jest decyzja przewodnika. Większość ludzi, którzy zdają zerówkę w tym momencie kończy. Jedynka po prostu różni się tym, że trzeba znaleźć wszystkich trzech pozorantów – tego na ścieżce i obu w sektorze.

D.: Jak ocenia się egzamin? Przyznawane są punkty, czy po prostu dostajemy wynik, zdane lub nie?
BG:
Oceniana jest praca przewodnika, psa, oznaczanie, ale karta egzaminacyjna jest do wiadomości komisji i przewodnika, to nie jest system zawodów, punktacja nie jest nigdzie podawana. Chodzi wyłącznie o ocenę psa przez egzaminatorów.

D.: Rozumiem, że dopiero mając zdaną jedynkę mogę pojechać na akcję?
BG:
Tak.

D.: Wspominałaś, że są grupy Straży Pożarnej i te cywilne, współpracujące z Policją. Czy to oznacza, że Straż Pożarna ma swoje psy, własny ośrodek szkoleniowy, etc.?
BG:
To nawet bardziej skomplikowane. Straż Pożarna to tak naprawdę dwie instytucje. Państwowa Straż Pożarna – PSP i Ochotnicza Straż Pożarna – OSP. Większość psów ratowniczych w Polsce jest w OSP. Jest taka strona Wydziału Szkolenia Specjalistycznych Grup Ratowniczych (WSSGR) Szkoły Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej (ASPSP) – na tej stronie jest wykaz wszystkich certyfikowanych zespołów gruzowych i terenowych. Obecnie jest w Polsce jest około 200 zespołów terenowych, z czego 80% to psy OSP i grup cywilnych. Reszta należy do PSP. Z kolei gruzowych psów jest chyba 30 czy 40, z czego połowa należy do PSP. OSP działają w oparciu o prawo o stowarzyszeniach, ale odnoszą się do nich osobne przepisy i oni pracują ze swoimi psami – są one prywatną własnością przewodników, mogą mieć dofinansowanie ze swojej jednostki, większe, mniejsze, różnie bywa. PSP to są psy, które należą do PSP i są one przydzielane przewodnikom.

D.: Taki pies z PSP mieszka w domu ze swoim przewodnikiem?
BG:
Może mieszkać w domu przewodnika, ale może również zostawać w jednostce. Wielu przewodników psów ma również inne zadania – nie ma takiej funkcji, jak przewodnik psa ratowniczego w PSP. To osoby, które zwykle pracują w JRG, czyli jednostkach ratowniczo-gaśniczych albo tak, jak na przykład w Sączu, bardzo dużo z nich pracuje w wydziale szkoleń, czyli wspomnianej Szkole Aspirantów. To są strażacy, którzy wykonują swoją pracę, a poza tym dodatkowo pełnią funkcję przewodników psów ratowniczych. Te psy są własnością PSP, ona je kupuje, żywi, leczy, a po skończeniu służby przewodnik może psa zabrać na własność, gdy ten przechodzi na emeryturę. Na co dzień, oczywiście, psy mogą być przez nich zabierane do domów, nawet zaleca się, aby nie siedziały w jednostce.

D.: A w przypadku współpracy z Policją (grup cywilnych), jak wyglądają kwestie administracyjno-finansowe? Rozumiem, że wszyscy w Grupie, również Ty, poza tym, że uczestniczycie w akcjach, macie normalne życie, pracę, studia, rodziny?
BG:
Wygląda… nie najlepiej. 90% tego, co wydajemy pochodzi z naszej własnej kieszeni. Czasem udaje nam się pozyskać jakieś finansowanie od sponsorów lub organizując internetowe bazarki – dzięki temu kupiliśmy GPS-y, radia, komputer. To jest nasz cały sprzęt. Wszystkie wyjazdy jak do tej pory były z naszej własnej kieszeni, na egzaminy, na akcje, na ćwiczenia jeździmy swoimi samochodami, psy sami żywimy, leczymy, kupujemy. To wszystko jest po naszej stronie.

D.: Macie coś w ogóle ze swojej działalności poza dobrym słowem i poklepaniem po plecach?
BG:
Nie. Znaczy ja mam: szkolę psy, więc jest to dla mnie jakiś dodatkowy poligon, uczę się, zdobywam doświadczenie, rozwijam się zawodowo, a to, że jeżdżę na egzaminy, zawody i akcje ratownicze jest potwierdzeniem moich kwalifikacji. Jeżeli psy z Grupy również zdają – tak samo jest to potwierdzenie, że potrafię kogoś czegoś nauczyć. Mam więc z tego jakąś mniej lub bardziej wymierną korzyść. Ale na przykład Agata, która jest optykiem nie czerpie z tego żadnych korzyści, bo w żaden sposób działalność w ratownictwie nie przekłada się na jej pracę zawodową. Po prostu ją to cieszy, bo robi coś z psem, co dodatkowo jest przydatne społecznie.

D.: Ale przecież akcje zdarzają się o losowych porach dnia – to nie jest tak, że wszyscy są na tyle uprzejmi, żeby zaginąć po 17, kiedy już nikt z cywilnych ratowników nie musi być w pracy, więc jak wtedy sobie radzicie?
BG:
A widzisz, to jest tak, że owszem, większość ludzi zaginie właśnie po 17 – to znaczy, zaginą wcześniej, ale zaginięcie zostanie zgłoszone dopiero późnym popołudniem. W większości przypadków to jest tak, że ktoś wychodzi rano tak jak zwykle do pracy, szkoły, na uczelnię i nikt się o niego w związku z tym nie martwi aż do 17, czy 18, kiedy powinien wrócić do domu. Gdy nie wraca rodzina zaczyna go sama szukać, co zwykle trwa 3, 4 godziny. Policja zostaje poinformowana o zaginięciu około 20, a nas zawiadamia najczęściej gdzieś około 22, 23, kiedy dochodzą do wniosku, że jednak przydałyby się psy, więc większość akcji ma miejsce w nocy. Wyjazdy na akcję zdarzają się najczęściej o 22, 23.

D.:Przysługuje Wam potem dzień wolny od pracy?
BG:
Nie, nie. Nie jesteśmy w Straży. Ochotnikom przysługuje zwrot pieniędzy, które zarobiliby, gdyby wtedy byli w pracy, co oczywiście dotyczy wyłącznie takich akcji, jakie przeprowadzane są w godzinach pracy. Jeżeli wyjeżdżają po 17 to nic nie dostają. Przy czym też większość Straży tak działa, że te pieniądze, które gmina czy miasto wypłaca tym strażakom nie są przez nich zabierane do własnej kieszeni, tylko przekazywane do wspólnej puli. Później kupują za nie niezbędny sprzęt. Mają, oczywiście, prawo zabrać je dla siebie, ale większość z nich się tego zrzeka i zostawiają je, aby można było wykorzystać je na doposażenie jednostki.

D.: Potrzeba naprawdę dużo ludzi dobrej woli, żeby ta machina poprawnie działała!
BG:
To prawda. Głównie na tym opierają się poszukiwania terenowe – na ochotnikach, strażakach OSP i grupach cywilnych PSP bardzo rzadko jeździ do poszukiwań w terenie.

D.: Jak konkretnie wyglądają poszukiwania w terenie? Kto wchodzi w skład zespołu poszukującego – tylko człowiek i pies?
BG:
Nie, jest jeszcze nawigator. Zdarza się również, że proszę, aby dodatkowo szedł z nami funkcjonariusz Policji, gdy przeszukujemy na przykład jakieś ogródki działkowe czy miejsce, w którym nocują bezdomni. Wtedy wolę, żeby ktoś jeszcze z nami był.

D.: Czym dokładnie się zajmuje się nawigator?
BG:
Prowadzeniem przewodnika w terenie. Najpierw przewodnik z nawigatorem ustalają sobie plan – w jaki sposób będziemy przeszukiwać teren, jak będziemy się po nim poruszać? Rewirem, co 50 metrów? Co 30 metrów? Nawigator wbija sobie te wytyczne w GPS i ma pilnować, żeby ten plan był realizowany, w przewodnik ma się skupić wyłącznie na psie.

D.: Zakres poszukiwań (rozległość terenu) ustala Policja?
BG:
Różnie. Zazwyczaj przyjeżdżamy na miejsce i po prostu rozmawiamy. Bywa, że na miejscu jest GOPR, który zaczął już pracę. Oni bardzo szybko i sprawnie wyznaczają sektory, a do tego wiedzą, jak pracują psy, bo też z nich korzystają – wtedy ten, kto był pierwszy i zaczął już prowadzić akcję narzuca swoje ustalenia reszcie, która musi się dostosować do pierwszej grupy. Z kolei jeżeli ja przyjechałam sama, ale tuż za mną jest 50 GOPR-owców to ja też raczej będę ustalać z nimi i się dostosowywać. Tu nie ma ściśle obowiązujących procedur, ważna jest logika działania, tak aby jak najszybciej dotrzeć do poszukiwanego. Zwykle, gdy przyjeżdżamy na akcję, na miejscu jest już Straż Pożarna i wtedy, oczywiście, dostosowujemy się do jej ustaleń i tego, jak prowadzą działania. Zgłaszamy ewentualne uwagi czy sugestie. To też nie jest tak, że ktoś każe mi coś zrobić – dogadujemy się, rozmawiamy, oni pytają ile mamy psów, jaki duży można zrobić sektor, co jesteśmy w stanie zrobić. Wszystko jest kwestią współpracy.

D.: Wspominałaś, że na egzaminach sektor ma koło 4 hektarów. Mniej więcej takich ram staracie się trzymać w rzeczywistych poszukiwaniach?
BG:
Na egzaminie sektor jest dopasowany do czasu – na dany egzamin jest 40 minut. Jak jest dobra pogoda, fajnie wieje i dobry pies to na egzamin wystarczy 10 minut – tyle potrzeba, żeby zlokalizować, oznaczyć pozoranta i żeby to działanie zgłosił przewodnik. Rekordy to 5, 6 minut. Da się. Te ramy czasowe są tak ustalone, bo czasem na terenie jest bardzo gęsto, czasem przewodnik zacznie przeszukiwanie od końca sektora, na którym nikogo nie ma… Jak ma się szczęście, to kończy się szybko. W terenie z kolei sektory są wyznaczane w zależności od tego, jaki to jest teren, zwykle mają pomiędzy 5 a 10 hektarów.

D.: I jeden sektor pokrywa jedna trójka, składająca się z psa, przewodnika i nawigatora?
BG:
Tak, ale oczywiście musisz pamiętać, że najpierw robimy pierwsze 10 hektarów, potem kolejne, jeszcze następne i tak dalej. W miarę możliwości staramy się, aby sektor miał jakąś regularną formę, na przykład prostokąta, bo łatwo jest wtedy go przeszukiwać i się w nim nie zgubić. Sektor rewiruje się, przecinając wiatr.

D.: Czyli Twój kierunek poruszania się wyznacza kierunek wiatru?
BG:
Jeżeli jest to możliwe. Nie każde ukształtowanie terenu na to pozwala – w górach kierunek poruszania się wyznacza zbocze, nie patrzymy jak wieje tylko chodzimy w poprzek zbocza zamiast góra dół, bo w przeciwnym razie szybko opadlibyśmy z sił. Dlatego chcę mieć w miarę regularny sektor, bo gdy idę wzdłuż boku sektora, który ma na przykład 3 km to także 10 cm odchylenia na każdym metrze daje ogromny rozstrzał na samym końcu. Trzeba cały czas patrzeć w GPS i bardzo się pilnować. Łatwiej jest, kiedy sektor ma na przykład 500 metrów długości. Poproszę wtedy na przykład o 40 hektarów, ale podzielonych na mniejsze sektory i wtedy będę te sektory po kolei pokrywać.

D.: Ile trwają poszukiwania na takiej realnej akcji? Oczywiście, mówimy o uśrednionych wartościach, na podstawie Twoich doświadczeń.
BG:
10 hektarów to mniej więce godzina. Ale też kiedyś miałyśmy z Elą taki sektor, w którym przez półtorej godziny chodziłyśmy na czworakach w głogach. Głogi nie mają gałęzi tylko przy ziemi, na wysokości około 40 centymetrów, a cały sektor był nimi zarośnięty. Przez półtorej godziny udało się nam wtedy przeszukać może 0,5 hektara. A jak są to łąki to leci bardzo szybko. Myślę, że można powiedzieć, że średnio jesteśmy na akcji 3, 4 godziny. Oczywiście, bywają akcje trwające 7 godzin, bywają i takie, które trwają godzinę. Czasem jest też tak, że jedziemy i gdy docieramy na miejsce okazuje się, że ktoś się znalazł. Naprawdę, jest bardzo różnice.

D.: A czy trzecia osoba wchodząca w skład zespołu również musi zdać jakieś egzaminy?
BG:
Nie, nie ma egzaminów dla nawigatorów. Są kursy, które organizuje np. GOPR, czy PSP.

D.: Nawigator, aby brać udział w akcjach musi ukończyć taki kurs?
BG: Nie. Można wziąć GPS, instrukcję obsługi, ruszyć w teren i się tego po prostu nauczyć. To naprawdę nie jest trudne.

D.: Mnie się to wydaje bardzo trudne, ale orientacja w terenie nigdy nie była moją mocną stroną…
BG:
Teraz technika jest już tak rozwinięta, że z GPS-em ciężko jest się zgubić. On zarówno pokazuje gdzie jestem, jak i rejestruje mój własny ślad, więc zawsze mogę przynajmniej wrócić po własnych śladach, a to tak naprawdę trochę jak gra komputerowa. Mam prostokąt i mam narysować na nim szlaczek od ściany do ściany.

D.: Ale wiesz, wszystko się wydaje proste, kiedy siedzimy w kawiarni, rozmawiając o prostokątach i szlaczkach, a w terenie to już pewnie inaczej wygląda…
BG: Trochę tak, ale wszystko jest kwestią praktyki. Trzeba się nauczyć, jak nałożyć ślad na trasę, czym się różni ślad od trasy, co to są way pointy, jak je przesuwać. To może być nieco skomplikowane, ale bywa, że ktoś dostaje GPS i musi sobie poradzić. Czasem daję GPS-a policjantowi, bo nie mam nawigatora i mu mówię: tu jest kwadracik, mamy iść po tych liniach. Teraz wszyscy mają aplikacje w telefonie, Endomondo i inne – one też rysują ślad, można je również traktować jako GPS. Co prawda tam nie narysuję sobie sektora, ale mogę wyznaczyć go sobie, zamykając go pomiędzy jakimiś orientacyjnymi punktami, choćby drogą i ścianą lasu. Telefon ma jednak tę wadę, że dość szybko się rozładowuje i bywa, że gubi zasięg.

D.: Opowiedz trochę o tym, jak przygotować się do akcji. Jak wyglądają Wasze treningi? Korzystacie z prywatnego placu, czy staracie się wyjeżdżać w różne tereny?
BG: Mam plac, mój plac szkoleniowy, ale na nim jest tylko kilka przeszkód i tak w zasadzie to właśnie tam bywamy najrzadziej. Mamy założenie, że część posłuszeństwa – to, co każdy musi zrobić z tego zakresu – przewodnicy robią sami.

D.: A co trzeba zrobić z posłuszeństwa?
BG:
Podstawy! Pies ma chodzić przy nodze, wracać na zawołanie, potrafić usiąść, położyć się, wysłać do punktu i przy nim zostać, przynieść przedmiot.

D.: I jak rozumiem, to nie jest oceniane z obedience’ową dokładnością?
BG: Na egzaminie w Straży – nie, nie. Na IRO powoli poziom w posłuszeństwie staje się coraz wyższy, aczkolwiek nadal mocno odbiega od obedience, nie jest to aż tak wyśrubowane. To, oczywiście, zależy też od rangi zawodów, jednak to wciąż nie jest ten poziom, więc przewodnicy sobie z tym radzą.

D.: Ale punktów z tej części posłuszeństwa w egzaminach do ratownictwa praktycznego w ogóle nie ma?
BG: Są, ale to naprawdę bardzo proste. Chodzenie przy nodze na 10 metrach na smyczy, po prostej, od słupka do słupka. Powrót bez smyczy. Potem kolejny raz od słupka do słupka, w połowie dystansu siad z marszu i przywołanie psa, znowu powrót, waruj z marszu, przywołanie psa.

D.: Takie trochę BH.
BG: Nawet prostsze. Potem jeszcze aport, dowolnego przedmiotu. Niektórzy rzucają zabawkę. Trudniejsze bywają przeszkody, bo są drabinki poziome i skośne, większa wysokość, do tego niestabilna ławka, wisząca na łańcuchach. Huśtawka jak w agility i wysyłanie na kierunki – na stoliki.

D.: Skoro wróciłyśmy do tematu egzaminów, wyjaśnij proszę przy okazji czym właściwie jest IRO.
BG:
IRO, czyli Die Internationale Rettungshunde Organisation to jest międzynarodowa organizacja z siedzibą w Austrii, która zajmuje się ratownictwem. Oni mają tak jakby dwa działy – jeden to sport, a drugi to akcje. Przy czym psy, które jeżdżą na akcje przechodzą również przez sport. Muszą zdać na początku egzaminy sportowe. Są tam trzy klasy, wstępna, A i B. Posłuszeństwo w klasach A i B jest takie samo. Różni się posłuszeństwo dla psów lawinowych i dla wodnych. W IRO są ślady, teren, gruzy, woda i lawina. Ja jeżdżę tylko na gruzy i teren, nie widziałam nigdy egzaminów lawinowych ani wodnych, a ślady tylko raz.

D.: Ale chyba nie ma psów, które są takie multizadaniowe, że robią to wszystko?
BG: Nie, wszystko nie. Psy, które rzeczywiście biorą udział w akcjach najczęściej zdają teren i gruzy. Ja kiedy jeżdżę ze swoimi psami to zawsze zgłaszam je na te dwie dyscypliny. Ci, którzy robią IRO tylko sportowo zwykle jeżdżą na gruzy. Tam jest bardziej rozbudowana część z posłuszeństwa, jest 9 zadań na placu: chodzenie przy nodze według schematu przez grupę ludzi z psami, którzy spacerują, aport własnego przedmiotu, tunel z rękawem, pozioma drabinka, niestabilna kładka, wysyłanie na stoliki, siad z marszu, waruj w przywołaniu i noszenie psa przez obcą osobę – to taki element, który nie występuje nigdzie indziej.

D.: W sensie, że obcy człowiek podchodzi do psa, bierze go na ręce i sobie idzie…?
BG: Nie do końca. Ja psu każę wskoczyć na stolik, podejmuję go ze stolika, przechodzę 10 kroków i podaję go obcej osobie, która go odbiera, odchodzi z nim 10 kroków, a następnie stawia psa na ziemi. Potem na polecenie sędziego przywołuję psa do siebie. W ten sposób chcą sprawdzić reakcję psa na obce osoby.

D: I wystarczy, żeby pies dał się ponieść bez protestów, może pokazać, że się brzydzi?
BG: Może okazać obrzydzenie czy niezadowolenie. Ważne, aby nie okazywał agresji. Nie może się też nadmiernie ekscytować, wyrywać, czy wylizywać człowieka. Ma się po prostu dać przenieść. Do tego jeszcze długie zostawanie z rozproszeniem – jeden pies ćwiczy, drugi zostaje.

D.: I to jest część z posłuszeństwa. Jak zdam posłuszeństwo, to wtedy idę do części praktycznej?
BG: Niekoniecznie. To są zawody, więc nie jest określone, która część jest pierwsza. Mogę nie zdać posłuszeństwa, ale wciąż mam prawo do startu w części węchowej. Przy czym jak nie zdam którejś z tych części to mam niezaliczone całe zawody. Część węchowa wygląda bardzo podobnie, jak w PSP. W klasie wstępnej jest jeden pozorant, teren 100 x 100, tak naprawdę sędziowie chcą tylko zobaczyć czy pies w ogóle rozumie o co chodzi. W A klasie jest ścieżka 200 metrów i szerokość sektora 50 na prawo, 50 na lewo, przewodnik porusza się wyłącznie ścieżką. Jako, że to jest sport, to na początku trzeba określić strategię i potem ściśle się jej trzymać. Jeżeli powiedziałam, że będę wysyłać psa naprzemiennie prawo-lewo to tak to musi wyglądać, nie mogę zmienić tego założenia w trakcie. Tam jest 2 pozorantów i 15 minut na przeszukanie. W klasie B jest sektor, 3 pozorantów, którzy są schowani bardzo różnie, przewodnik może poruszać się dowolnie po terenie, ale według określonej strategii, przy czym w IRO zawsze jest do tego zadania dopisana jakaś historia. Przychodzę do sędziego, zgłaszam gotowość do egzaminu, muszę zapytać co się stało, przeprowadzić wywiad jak przed akcją, zapytać gdzie mogę się ja poruszać, gdzie pies i tak dalej. Moja strategia musi odzwierciedlać to, czego się dowiedziałam w wywiadzie. Jeżeli wiem, że osoby były słyszane w prawym tylnym rogu sektora to powinnam zacząć od tego miejsca, pójść najpierw tam. To, co robię ma mieć sens w kontekście tej historii, choćby mi to nie pasowało, bo wiatr wieje inaczej. Tak samo jest na gruzach.

D.: Z gruzami to chyba w ogóle jest spory organizacyjny problem co? Raczej sobie nie leżą na ulicy z napisem “Zapraszamy na treningi z pieskami”.
BG: Jest, zarówno jeżeli chodzi o zawody, jak i o treningi. W Krakowie teraz wyburzają sporo budynków, ale taki budynek leży w gruzach przez maksymalnie 3 dni, a potem jest sprzątany, deweloperzy się spieszą. Niespecjalnie też chcą nas na gruzy wpuszczać, bo to jest niebezpieczne, jeżeli coś by się stało to będzie odpowiadał za to właściciel terenu. Najbliżej nas w Nowym Sączu jest poligon PSP, z którego czasami korzystamy, a poza tym trzeba kombinować. Wszyscy kombinują, poligony są w cenie. Poligony tych grup, które ćwiczą w IRO są bardzo fajne, w Austrii, przygotowane specjalnie po to. W Czechach jest świetny poligon, w Niemczech również są. Niedawno PSP zbudowała nowy poligon w Gdańsku. Jest trochę takich poligonów specjalnie przygotowanych pod szkolenie, ale generalnie ludzie ćwiczą na wszystkim, co przypomina jakiekolwiek gruzy: na starych opuszczonych budynkach, na tym co się rozsypało, co stoi puste.

D.: IRO współpracuje z FCI?
BG: Tak.

D.: Czyli jeżeli chciałabym mieć psa niekoniecznie do ratownictwa, ale do zawodów sportowych IRO to muszę mieć psa z papierami?
BG: Nie, nie musisz. Po prostu FCI jest jedną z organizacji współpracujących z IRO, podobnie, jak np. PSP. IRO z kolei podlega INSARAG-owi, jednostce Organizacji Narodów Zjednoczonych zajmującej się klęskami żywiołowymi. To jest system naczyń połączonych. Ale egzaminy IRO nie są uznawane w Polsce – to, że ja mam zdane z Guerrą B klasę w terenie i w gruzach to w Polsce nic nie znaczy i nie uprawnia mnie do udziału w akcjach. Muszę zdać egzaminy państwowe, w PSP. IRO to u nas tylko sport.

Ale IRO ma też psy, które robią tylko sport i psy, które tylko jeżdżą na akcje, dla których testy wyglądają zupełnie inaczej, są dwu-, trzydniowe, prowadzone jak realna akcja już bez posłuszeństwa. Tam nie jest oceniane, jak ten pies to zrobił… Wygląda to tak, że trzyosobowy zespół przychodzi do sędziego, zgłasza gotowość do akcji i on im mówi “Tutaj są gruzy, zdarzyło się to i to”, oni mają zrobić wywiad, po czym on im mówi “Szukajcie, macie na to 20 minut”. Mogą to robić jak chcą, nawet przekopać te gruzy własnymi rękoma, ale mają znaleźć ludzi. Tu już się nie liczy jak to zrobią, czy pomogą psu, czy nie pomogą, mają po prostu znaleźć zaginionego i zmieścić się w wyznaczonym czasie.

D.: Muszę przyznać, że to ratownictwo w ramach IRO jest bardzo ciekawie zorganizowane – podoba mi się takie jasne rozdzielenie sportu od realnej pracy ratowniczej.
BG: Tylko zauważ, że oni wymagają od tych psów, które mają jeździć na akcję również przejścia przez część sportową, bo uważają, że to jest takie minimum. Nie chodzi o to, żeby one robiły wyniki na poziomie 90%, ale 70%, żeby zdać – minimum posłuszeństwa, które pozwala na spokojną głowę w czasie akcji, kiedy zwalniamy psa z linki. Niektórzy burzą się, twierdząc, że sport jest niepotrzebny, ale według mnie to ma sens. Te psy, które widziałam na egzaminach akcyjnych widuję również na egzaminach sportowych. W ogóle, Czechy, Słowacja, Węgry, Holandia – w tych krajach raczej jest takie podejście, żeby jak najwięcej startować i egzaminować. Szkoda, że w Polsce jest odwrotny trend.

D.: A egzaminy, które uprawniają do udziału w akcjach pies zdobywa na całe życie?BG: Nie.D.: Jak często trzeba je powtarzać?
BG: Terenowe co roku, gruzowe co dwa lata lub co półtora roku, w zależności od tego, jak ten egzamin był zdany – bo egzamin gruzowy można zdać na dwa sposoby. Jeden daje półtoraroczny certyfikat, a drugi dwuletni.

D.: Na czym polega różnica?
BG: To kwestia wyniku. Egzamin gruzowy w PSP jest zrobiony w formie akcji, psy stawiają się rano na odprawie i mają 3 wejścia na gruzy. Nie wiemy, o której godzinie, ani w jakiej kolejności będziemy wzywani. Co najmniej jedna akcja jest dzienna, co najmniej jedna jest nocna, więc siedzimy cały dzień i czekamy. Jest od 7 do 8 schowanych osób, przy czym nie wiemy tak naprawdę ile ostatecznie. Możemy w ciągu dnia nie znaleźć jednej osoby i wtedy otrzymujemy certyfikat na półtora roku, jeżeli znajdziemy wszystkich bez fałszywego oznaczania, otrzymujemy certyfikację na 2 lata. Przy czym na pierwszej akcji trzeba znaleźć wszystkich, bez fałszywego oznaczenia, żeby móc podejść do drugiej i trzeciej, jeżeli ktoś pomyli się przy pierwszej to od razu kończy egzamin, ale jeżeli pomyli się na drugiej to idzie i tak na trzecią, bo już po drugiej nie jest informowany, czy znalazł wszystkich czy nie. Przeszukujemy, podajemy wynik. I tyle.

D.: Łatwo jest chyba oblać, co?
BG: Według mnie nadal jest zbyt łatwo zdać, powinno być trudniej. Wydaje mi się jednak, że w ogóle największym obciążeniem w egzaminach jest stres ludzi, a nie psy – ludzie zdecydowanie są słabym ogniwem. Czasem widzę psy na treningach, idzie im nieźle, wchodzą na egzamin i jest totalna klapa, ale to nie dlatego, że pies nie potrafił, tylko stres przewodnika i głupie decyzje mu przeszkodziły. Wiem to również po sobie.

D.: A bardziej stresujące są dla Ciebie egzaminy czy akcje?
BG: To zupełnie inne emocje, nieporównywalne. Egzamin to taki stres pomieszany z ekscytacją i ciekawością – co będzie, jaki będzie wynik, jak to zrobią inni. A na akcji to raczej takie życzenie, żebyśmy to zrobili dobrze. Na tyle, na ile się da. Nigdy nie ma pewności… nie jesteśmy na 100% skuteczni, ale ważne jest, aby zrobić naprawdę wszystko, co się dało.

D.: Jaka akcja najbardziej zapadła Ci w pamięć?
BG: Na pewno jedną z takich akcji, które zrobiły ogromne wrażenie były Szczekociny, bo w życiu nie widziałam katastrofy na taką skalę. Przyjechaliśmy, kiedy już zaczęły się działania, miejsce było tak niesamowicie oświetlone, tyle jednostek, taka liczba ludzi, a do tego cały charakter zdarzenia… to coś, czego się nie zapomina. Są czasami takie akcje, gdzie człowiek się tak straszliwie urypie, że pamięta się nie ludzi, a krzaki.

D.: Jak zostać Tobą? Ktoś, kto będzie niedługo kończył liceum i chciałby zajmować się ratownictwem z psem co powinien dalej robić?
BG: Jeżeli chodzi o moje formalne wykształcenie, to jestem zootechnikiem, jednak nie wybrałam tego kierunku ze względu na psy, ale z powodu jazdy konnej – długie lata jeździłam konno, sportowo, więc myślałam, że jak pójdę na zootechnikę to będę wiedzieć o koniach jeszcze więcej, a to był duży błąd, bo dowiedziałam się tam, jak się robi kiełbasę i jak karmić świnie. Nie dowiedziałam się o koniach nic nowego, za to przekonałam się, że absolutnie nie będę zootechnikiem, ale jak już byłam na trzecim roku kiedy mnie tak olśniło, to stwierdziłam, że jednak to skończę. Potem pracowałam trochę jako instruktor jazdy konnej, trochę jeździłam młode konie, aż w końcu dostałam psa. A kiedy to się stało, chciałam z nim iść na szkolenie, bo miałam różne psy, ale one tak po prostu były…a z tamtym psem uprłam się, że będę jeździć na jakieś szkolenie i ktoś mi polecił Szymańskiego w Nowym Sączu. Pojechałam tam na jedno, drugie, trzecie szkolenie, a koło czwartego Krzysiek zapytał, czy nie chciałabym u niego pracować. Wtedy zmieniłam miejsce zamieszkania, zmieniłam pracę i zaczęłam pracować u Krzyśka, zaczynając od czyszczenia kojców i wyprowadzania psów na spacer. Tak zaczynałam ja, ale teraz jest mnóstwo różnych kursów trenerskich, poczynając od tego klasycznego, w ZKwP, który wymaga dużego zaangażowania w samą organizację, nie tylko w szkolenie, przez różne prywatne szkoły… Poziom, jak wiadomo, jest różny i różni ludzie zdecydują się na tego rodzaju ścieżki kariery – niektórzy idąc tam, mają już jakieś doświadczenie i wiedzę, a kurs kończą, żeby mieć jakikolwiek papier, a niektórzy zaczynają na nich od zera. Do tej pory szkolenie w ZKwP było uważane za lepsze, ale to także kwestia dyskusyjna. Zwykle jednak droga jest taka, że zaczyna się od swojego psa, potem obserwuje się innych, później zaś robi się coś z cudzymi psami, czasami także przechodzi się przez wolontariat, by uczyć się na psach schroniskowych. Naprawdę, nie ma jednej drogi do bycia szkoleniowcem. Myślę, że trzeba być przede wszystkim praktykiem.

Oczywiście, trzeba również zdobyć wiedzę teoretyczną, ale w tym momencie mamy tak rozwinięty rynek szkoleń, seminariów i możliwości zdobywania wiedzy, że to najmniejszy problem. Ja miałam ogromne szczęście, mogąc pracować u kogoś, kto sam dużo potrafił, mogłam obserwować, pytać, ktoś mnie sprawdzał i kontrolował, mogłam uczyć się na swoich błędach, a potem na cudzych. Prawda jest taka, że potem każdy uczy się na błędach na przykład swoich kursantów, czy ludzi w Grupie. Zawsze coś wyjdzie, nauka nigdy się nie kończy. Zawsze da się doświadczyć czegoś nowego, coś sprawdzić, przetestować, zrobić inaczej.

D.: A są jakieś konkretne kursy, czy seminaria, które możesz polecić?
BG: Są. PSP robi kurs przewodnika psa ratowniczego, a potem kurs instruktorów psów ratowniczych. Ale też trzeba pamiętać, że ludzie są różni, a co za tym idzie poziom, trzeba więc mieć swój rozum, jeździć, szukać, patrzeć jak pracują różni ludzie, jakie są różne metody i robić to, co podpowiada intuicja. Każdy musi znaleźć swoją drogę.

D.: Na tę chwilę zajmujesz się zawodowo wyłącznie szkoleniem psów ratowniczych?
BG: Zajmuję szkoleniem psów, również ratowniczych, ale nie tylko.

D.: Masz działalność gospodarczą?
BG: Tak, z tym, że na razie zawieszoną, ponieważ przez wakacje właściwie nie pracowałam, tylko zajmowałam się dzieckiem. Natomiast, jak ktoś chce fakturę to teraz po prostu pracuję na umowę zlecenie albo o dzieło. Ogólnie jednak zachęcam to prowadzenia szkoleniowego biznesu w 100% legalnie, z działalnością, chociażby ze względów prawnych – jeżeli coś pójdzie nie tak to potem można mieć problem z odpowiedzialnością karną, cywilną, a do tego skarbową.

D.: Rozumiem, że posiadanie działalności wiąże się z ubezpieczeniem od takich rzeczy jak pogryzienia, czy inne wypadki przy pracy?
BG: Tak, konieczne jest OC. Ja jako instruktor czuję się odpowiedzialna za kursanta, który przychodzi do mnie na plac. Oczywiście, zakładając, że wykonuje on moje polecenia. Nie mówię o sytuacji, w której na przykład proszę kategorycznie nie zwalniać psa ze smyczy, a ktoś to zrobi. Jednak poza takimi szczególnymi wypadkami uważam, że ponoszę odpowiedzialność za kursanta i jego psa w trakcie zajęć.

D.: Więcej masz psów na ratownictwo, czy takie codzienne posłuszeństwo?
BG: Raczej codzienne posłuszeństwo, ale od tego roku zaczęłam prowadzić seminaria i one z kolei dotyczą już tematyki ratowniczej.

D.: I da się z tego utrzymać?
BG: Pewnie by się dało, gdybym robiła to trochę poważniej niż zajmując się tym na pół gwizdka. Na szczęście, syn poszedł już do szkoły, więc z roku na rok będzie mi coraz łatwiej rozwijać się swoją działalność. Na razie jednak starcza na ZUS i czasem zostaje coś na gadżety dla psów.

D.: A jeszcze wracając do Waszej Grupy – ile macie osób?
BG: 12 aktywnych osób. 5 psów z papierami. 5 psów, 4 przewodników, bo 2 psy są moje.

D.: Możesz zrobić tak, że oddasz jednego swojego psa innemu przewodnikowi, czy raczej bez Ciebie nie będzie pracował?
BG: Raz tak się zdarzyło, bo pracowaliśmy na określonym terenie i byłam blisko, ale tak naprawdę pies powinien mieć zdany egzamin z osobą, z którą pracuje podczas akcji, bo papiery są na zespół, a nie na psa. Wtedy Orso pracował z Elą i to właśnie oni znaleźli zaginionego.

D.: Ratownictwo wydaje się naprawdę satysfakcjonującym zajęciem, choć pewnie też wymaga sporo poświęcenia ze strony ludzkiej części zespołu…
BG: Ratownictwo jest fajne, naprawdę, ale rzeczywiście wiele wymaga od człowieka, bo trzeba jakoś dojechać na ćwiczenia, mieć własny samochód, bo zwykle tam, gdzie trenujemy nie da się dojechać komunikacją miejską. Trzeba mieć czas i pieniądze, bo przecież tak naprawdę w cywilnych grupach wszyscy do tego dokładamy. W OSP nieco mniej, ale to wciąż obciążenie finansowe – jedyne co to fakt, że zespoły działające w ramach OSP jeżdżą na akcje samochodami ze Straży.

D.: Czyli krótko mówiąc, ratownictwo to drogie hobby?
BG: Niestety tak. Powoli coś zaczyna się ruszać, ale to wciąż bardzo niewielkie zmiany. Kilka lat temu grupy OSP próbowały uświadamiać polityków o swoim istnieniu pisząc listy – takie na zasadzie, że jesteśmy tu, działamy, wzięliśmy udział w tylu akcjach, z tyloma sukcesami. Nigdy nie przyszła żadna odpowiedź ani od Ministra Spraw Wewnętrznych ani od Prezesa Ochotniczej Straży Pożarnej.

D.: Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

***

Linki do stron organizacji wspomnianych w artykule:
Małopolska Cywilna Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza;
STORAT;
INSARAG;
IRO;
Szkoła Aspirantów PSP.

***

Barbara Grel – początkowo, życie zawodowe wiązała z końmi, była jeźdźcem zawodowym (jeździła młode konie), instruktorem jeździeckim, w końcu skończyła Biologię i hodowlę zwierząt na obecnym Uniwersytecie Rolniczym (za jej czasów Akademii Rolniczej). Tak było do 2007 roku, kiedy niejako w prezencie dostała niebieskiego szczeniaka rasy Australian Cattle Dog. Z Orsem zeszła na psy całkowicie. Zaczynając od sprzątania boksów w ośrodku szkoleniowym, realizujacym wtedy program szkolenia psów asystujących i przewodników niewidomych. Najwiekszą pasją okazało się dla niej szkolenie psów ratowniczych. Pierwsze kroki stawiała w OSP Biegonice Nowy Sącz, później założyła wraz z Justyną Drużkowską, Agatą Jobs i Anną Grocholską Małopolską Cywilną Grupę Poszukiwawczo-Ratowniczą. MCGPR na dzień dzisiejszy (listopad 2017) jest największą pod względem liczby certyfikowanych psów grupą ratowniczą w Małopolsce. Basia rezem ze swoimi psami zaliczyła ponad 30 różnych testów i egzaminów ratowniczych, gruzowych i terenowych, od kilku lat startuje w zawodach IRO (Internationale Rettungshunde Organization). Pracuje też w jednosobowym przedsięwzięciu o nazwie Cave Canem, szkoląc psy towarzyszące, rozwiązując problemy wychowacze i prowadząc seminaria o tematyce głównie ratowniczej.

photo credit: Gregory Porębski

  6 komentarzy do tekstu: „Kariera w psim biznesie: ratownictwo z psem

  1. 19 listopada 2017 at 18:17

    Absolutnie Cię uwielbiam za ten post!
    Ratownictwo uważam za coś fascynującego i bardzo żałuję, że (przynajmniej póki co :p) muszę zapomnieć o trenowaniu tej dyscypliny z Nox (młoda była właśnie wzięta docelowo do agility i ratownictwa). Uważam, że relacja z psem wchodzi na jednak inny poziom dzięki wspólnej pracy, która naprawdę pomaga też innym.
    Wiadomo, i przy obi i innych sportach więź się wzmacnia ale jednak właśnie tutaj człowiek naprawdę musi zaufać psu, być w stanie się z nim zgrać, by być prawdziwym zespołem.

    Cieszę się, że nie poszłaś na łatwiznę i nie stworzyłaś czegoś krótszego. Tutaj każdy potencjalny zainteresowany znajdzie chyba odpowiedzi na wszystkie swoje pytanie 🙂

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      20 listopada 2017 at 19:38

      Cieszę się, że wywiad Ci się spodobał i że przebiłaś się przez cały tekst. 🙂 Takie artykuły po prostu nie mogą być krótkie, jednak mam wrażenie, że w dobie szybkiej informacji i chwtyliwych nagłówków mało kto w rzeczywistości je czyta.

  2. 21 listopada 2017 at 14:41

    Już dawno, dawno, bardzo dawno, tak dawno że wręcz nie pamiętam kiedy, nie przeczytałam żadnego posta tak bardzo od dechy do dechy! Post absolutnie przefantastyczny, podobnie jak Zosia okrutnie się cieszę, że jest tak długi, obszerny, że w zasadzie nie pozostawia niedosytu, porzuconych i niedokończonych wątków. Niejednokrotnie podczas czytania pojawiało mi się w głowie pytanie, które chciałabym zadać rozmówczyni i nagle htsz – zadajesz je za mnie i mam swoją odpowiedź! Świetny i post, i sam wywiad, graty! Tasiemiec od początku do końca nasycony kontentem 😀

    A co do tematyki – chciałabym zakręcić się wokół ratownictwa użytkowego, ale mam wrażenie, że strasznie trudno jest osiągnąć jakiś minimalny poziom… „przydatności” w tej dziedzinie… Nie wiem do kogo się zgłosić, jak zacząć, a nawet jak wiem to brakuje mi pewności, że pójdę i przywitają mnie z otwartymi rękoma, a nie jak obcą i nową. Może to kwestia tego, że nie obracam się w środowisku takich osób, i gdybym poznała trochę osób, to wyzbyłabym się takiego toku myślenia. Przecież dogfrisbee też kiedyś było dla mnie czarną magią, podziwiałam ludzi na zawodach, a parę lat później jestem z nimi na Ty i mam z nimi całą masę WSPÓLNYCH wspomnień 😀

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      21 listopada 2017 at 15:56

      Wooow, ależ mi miło czytać taki komentarz! Dziękuję! <3

      Chyba nie ma się czego bać, wszystkie osoby zajmujące się ratownictwem, które poznałam są bardzo sympatyczne. O ile się nie mylę, we Wrocławiu masz Annę Hermińską. Może warto do niej uderzyć, żeby Krakers mógł robić karierę psa-ratownika? 😀

  3. 27 listopada 2017 at 14:07

    Super artykuł, zawsze jestem pod wrażeniem wytresowanych zwierząt, one mogą tak dużo pomóc człowiekowi, to są najwspanialsze zwierzęta na świecie 🙂 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.