Na tropie równowagi: lęk przed porażką a zbyt szybkie działanie

Trenowanie obedience to nieustanne poszukiwanie równowagi: pomiędzy przebiegami a dłubaniem detali, dynamiką a dokładnością, powolnym uczeniem nowych zachowań a stawianiem psu coraz trudniejszych wyzwań, poważnym traktowaniem pracy a zabawą w sport. Ten ostatni aspekt jest w moim przypadku szczególnie istotny, bo z jednej strony obedience jest dla mnie ważne i poświęcam tej aktywności mnóstwo czasu, z drugiej natomiast widzę, że im więcej jest we mnie luzu, tym sprawniej idą kolejne treningi, a trudne elementy zaczynają coraz lepiej wychodzić.

Jak połączyć tę beztroskę z poważnym podejściem do sportu? Jak zachować balans pomiędzy stawianiem wyzwań, a rzetelnym przygotowaniem do zawodów zarówno siebie, jak i psa? Czy zwlekanie z przetestowaniem swojego przygotowania na ringu to strach przed porażką i lękliwe odkładanie tego co powinno już dawno nastąpić czy raczej wyraz szacunku dla zwierzęcia, które na mnie polega? Nie znam odpowiedzi na te pytania, a zadając je, chcę tylko podkreślić, jak trudne jest ciągłe balansowanie na linie w szkoleniu psów – bez względu na to, czy mowa o treningu sportowym czy o zwykłym spacerze z trudnym, problematycznym psem.

Niedawno Megan Karnes z The Collared Scholar opublikowała na swoim blogu świetny artykuł o strachu przed porażką zatytułowany „Fail More Often: The Single Concept that helped me overcome training setbacks”. Zdaniem Megan nieudane występy na zawodach (albo spacery, po których mamy ochotę zapaść się pod ziemię!) to kamienie milowe na drodze do sukcesu, dlatego ze strachu przed porażką nie należy przekładać w nieskończoność sprawdzenia swoich umiejętności na oficjalnych warunkach.

Bez wątpienia jest w tym mnóstwo prawdy, bo nic tak jak zawody nie obnaża popełnionych w treningów błędów i niedoróbek, nad którymi należy jeszcze popracować. Sęk w tym, że takie podejście wymaga od przewodnika ogromnej pewności siebie, wiary we własne siły, a przede wszystkim gigantycznej dojrzałości psychicznej. Kiedy w grę wchodzi związany z oficjalnym występem stres naprawdę trudno powstrzymać się od emocjonalnych reakcji. Te zaś mogą wpłynąć na psa, który zamiast zwyczajnie zrobić źle jakieś ćwiczenie i przejść nad tym do porządku dziennego nauczy się przy okazji, że zawody obedience to nic przyjemnego.

Wiele mówi się o tym, że porażkę na zawodach ma odczuwać wyłącznie człowiek. Dla psa oficjalny występ na obedience’owym ringu nie powinien się szczególnie różnić od treningu. Dlatego właśnie ćwiczymy startowanie: zabieramy psy w zupełnie nowe miejsca, znieczulamy na taśmę łopoczącą na wietrze i wydającego polecenia komisarza oraz pracę w obecności innych psów, trenujemy wejścia na ring i zejścia z niego, a nawet odbieranie gratulacji od sędziego czy moment omawiania przezeńprzebiegu. Wszystkie te działania mają na celu zmniejszenie olbrzymiej przepaści, jaka dzieli zwyczajny, codzienny trening od zawodów. Nie jestem jednak pewna, czy da się tę przepaść zupełnie zlikwidować – pewnie można zamienić się w ledwie niewielki, przydrożny rów, jednak nie da się ukryć, że większość psów doskonale wie, kiedy startuje w zawodach, a kiedy tylko próbujemy je oszukać.

W moim przypadku za tę wiedzę odpowiadają przede wszystkim emocje, bo chociaż potrafię doskonale wytłumaczyć sobie, że zawody to takie nic takiego, ot kolejna lekcja, trudniejszy trening to jednak nie umiem zupełnie uciec przed stresem. Coraz częściej udaje mi się sprawić, że nie jest to paraliżujący stres, który sprawia, że dosłownie się trzęsę, ale mobilizujące zdenerwowanie, niemniej Gambit zawsze świetnie wie, co jest grane. Zawsze. Co więcej, wie również, kiedy popełnił błąd, bo przecież zna dobrze wszystkie ćwiczenia i to jak powinno wyglądać wykonanie, którego oczekuję. A że stara się mnie zadowolić całym swoim czekoladowym serduszkiem i pracuje dla mnie, nie zaś dla samego zadania porażki, to połączone z moim stresem błędy nigdy nie będą dla niego budujące. Wyobrażam sobie, że takich dość miękkich do przewodnika psów jest w sporcie całkiem sporo i patrząc na swój egzemplarz wiem, że w tym przypadku porażka na zawodach może nauczyć czegoś przewodnika, jednak w psie wyłącznie podkopie jego pewność siebie. Z tego powodu nie jestem pewna czy stosowanie zasada „fail more often” to zawsze taki dobry pomysł.

Czy zdarza mi się unikać konfrontacji z rzeczywistością ze strachu przed porażką? Z pewnością! Pamiętam jednak o tym, że odpowiadam nie tylko za swoje strachy, ale przede wszystkim za drugą połowę mojej sportowej drużyny – tę, która nie może sama za siebie decydować. Z tego powodu nie wyobrażam sobie zgłoszenia na zawody psa, który nie jest na nie do końca gotowy tylko po to, żeby się sprawdzić. Wydaje mi się to nie fair wobec zwierzęcia, które w treningi wkłada całego siebie i oddaje się im z takim zaangażowaniem. Z tego powodu częściej niż bym sobie tego życzyła decyduję się czekać. Chcę, żeby dla mojego psa obedience było poważną pracą, ale jednak pracą przyjemną, zbudowaną na sukcesach, a wiem, że gdy na ringu coś pójdzie mocno nie tak nie będę w stanie sprzedać mu tego w odpowiedni sposób – nie wiem, czy moja głowa kiedykolwiek osiągnie taki właśnie etap. Jedyne, co mogę zrobić w takiej sytuacji, aby być fair wobec mojego psa to pracować nad sobą, a na zawody obedience zgłaszać się dopiero, gdy jesteśmy gotowi na 120%.

Oboje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.