Pierwszy dogtrekking, cz. 1

24 maja w Mazowieckim Parku Krajobrazowym odbywał się zorganizowany w ramach Pucharu Dog Orient dogtrekking. W przypływie szlachetności doszłam do wniosku, że T. nie powinna cierpieć ze względu na moją kontuzję. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, aby kiedy ja siedzę w domu, nie przemęczam się i robię wszystkie te nudne rzeczy, jakie zalecają pacjentom ortopedzi, ona wesoło spędzała czas. W tym duchu wraz z psem wysłałam P. prosto na front. T. przez większość czasu istotnie bawiła się świetnie, P. natomiast… Dość powiedzieć, że przez chwilę zastanawiałam się, czy zacznie się do mnie odzywać w ciągu najbliższego miesiąca, czy nieco później.

Pierwszy problem pojawił się już w piątkowe popołudnie: książeczka zdrowia psa zaginęła w tajemniczych okolicznościach, co zmusiło P. do odbycia nadprogramowej wizyty u weterynarza. Szczęśliwie, na horyzoncie pojawiło się rzadkie w naszym życiu udogodnienie w postaci samochodu, więc konieczność zapłacenia 20 zł za zaświadczenie potwierdzające, że T. naprawdę ma aktualne szczepienie przeciw wściekliźnie skończyła się jedynie lekkim fochem.

Prawdziwe przygody zaczęły się dopiero następnego dnia rano.

Upchnąwszy w plecaku prowiant oraz wodę dla siebie i T., moi sportowcy zgodnie wyruszyli na dworzec, by pociągiem dostać się na miejsce startu. Szybko okazało się, że upilnowanie T. i pięciokilogramowego plecaka w transporcie publicznym nie jest łatwe. W ten sposób za pośrednictwem sms-ów i wiadomości na gtalku posypały się na moją głowę pierwsze gromy. Wiadomo, bez pańci wszystko jest trudniejsze, a pies wykazuje znacznie mniejszą chęć współpracy.

Po dotarciu do punktu startowego i załatwieniu wszystkich formalności (numer startowy: 89) moja drużyna ruszyła. Nie minęło 20 minut, kiedy otrzymałam dramatyczną wiadomość: “pies się słania, ona ledwo idzie”. Bardzo zaniepokojona całą sytuacją, zaordynowałam odpoczynek w cieniu, posiłek regeneracyjny i wodę. Odpowiedziała mi cisza w eterze, która trwała niemal godzinę. Jak przystało na nadopiekuńczą matkę wysłałam wtedy chyba miliard sms-ów i wykonałam drugie tyle (oczywiście, nieodebranych) połączeń telefonicznych. W głowie miałam obraz wykonywanej na T. reanimacji i bezradnego P., wypłakującego sobie oczy.

Gdy już prawie podjęłam decyzję o konieczności dzwonienia do organizatorów i błagania ich, aby zrobili wszystko, co w ich mocy (i ponad nią), żeby ratować mojego psa, cisza nagle została przerwana. Mimo że psychicznie byłam przygotowana na naprawdę wiele, wierzcie mi, nie spodziewałam się wiadomości o takiej treści.

“Jestem w lesie i nie ma zasięgu. Nie spodziewaj się, że będę cały czas pisał. T. mi głównie przeszkadza.” Po czym chwilę później: “Zabierzcie ode mnie tego psa. Jezu, jaka ona jest wk…”. No, sami wiecie, jaka.

Jako, że na usta cisnęło mi się soczyste “a nie mówiłam, żeby wcześniej poćwiczyć z psem bieganie na pasie”, postanowiłam przemilczeć sprawę, bo przecież i tak już byłam pod kreską. Zresztą, tym, co się przede wszystkim w tamtej chwili liczyło było to, że najwyraźniej mój team porusza się naprzód, a zatem jest cały i zdrowy.Gdy, nieco później, P. postanowił ponownie nawiązać kontakt sytuacja prezentowała się jeszcze bardziej dramatycznie. “Mam błoto w butach”. Tego również postanowiłam nie skomentować, bo wiedziałam, że wszystko to, co cisnęło mi się na usta zostanie przez P. zaklasyfikowane co najmniej, jako przemoc psychiczna. W ten sposób we względnej ciszy wytrwałam do momentu pojawienia się komunikatu: “Ostatnia prosta”. Wtedy nieśmiało zaczęłam się dopytywać o szczegóły.

Dowiedziałam, że P. ukończył wyścig, a także zaliczył wszystkie punkty kontrolne na 14-kilometrowej trasie (zakładając wybór optymalnej drogi i brak kluczenia/gubienia się) w kategorii open z psem na chodzie i w jednym kawałku. Gdzieś po drodze ton odpowiedzi P. stał się nieco mniej “rozwodowy”, mogłam więc odetchnąć z ulgą. Obiecałam sobie jednak, że nigdy więcej nie popełnię podobnego błędu – kolejne psie atrakcje muszą poczekać, aż powrócę do pełnej sprawności.Wybacz, piesku. Na następny start będziesz musiał poczekać. Tym razem, kategoria rodzinna.

dogtrekkingrelacja***

P. udało się zrobić podczas marszu sporo zdjęć. Gdyby umieścić je wszystkie w tej notce zapewne ładowałaby się latami, dlatego pełną fotorelację można zobaczyć na Facebooku. Zapraszam. Zdjęcia, niestety, były robione telefonem, bo nie miałam sumienia zmuszać P. do targania ze sobą aparatu.

  14 komentarzy do tekstu: „Pierwszy dogtrekking, cz. 1

  1. 25 maja 2014 at 04:30

    Piękna relacja 🙂
    Potem się dziwią, że kobiety nie chcą mężczyzn zostawiać z dziećmi, kiedy już przy psach zaczynają się problemy 😉 Ale uważam, że P. bardzo dzielnie podjął wyzwanie. Ja niestety w ten weekend wybrałam się na psie seminarium i Najlepszego Męża z piesą żadną siłą nie udało mi się wypchnąć na zawody (chociaż obiecałam załatwić wszelkie formalności sama).

  2. 25 maja 2014 at 07:55

    To i tak super, że P. w ogóle zdecydował się spróbować sam z psem:) Następnym razem już z Tobą będzie lepiej, pierwszy raz jest zawsze najgorszy;) A do błota trzeba się niestety przyzwyczaić:) Zmykam na facebooka obejrzeć resztę zdjęć ślicznotki:)

  3. Anonimowy
    25 maja 2014 at 08:14

    Gratulacje dla P.i T. 🙂

  4. 25 maja 2014 at 08:58

    Widzę komplet focha zaliczony 😀 Zaraz jak tylko ból nóg pozwoli mi na postawienie na nich laptopa zabiorę się z pisanie relacji ze Złotego Stoku. Mój tym razem już po naszym 4 dogtrekkingu zachwycony 😉

  5. Pies do kwadratu
    25 maja 2014 at 09:55

    @o.pieseczek:
    Dziękuję, cieszę się, że się podobała. Może trzeba było naszych panów wysłać razem, żeby stanowili dla siebie psychiczne wsparcie. 😉

    @Myszasty:
    Prawda, za pierwszym razem jest najtrudniej, a w sumie i tak poszło im dość dobrze: trasa skończona, punkty zaliczone. Teraz już tylko musimy pracować nad czasem.

    @Anonim:
    P. na pewno je doceni, kiedy przestaną go już boleć nogi. I plecy. I w ogóle wszystko inne.

    @Bohun:
    A jak. Na szczęście odpoczynek na mecie i długa podróż do domu klimatyzowanym (ważne!) autobusem pozwoliły mu nieco ochłonąć przed powrotem do domu. 😉 Czekam na relację i mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się na jakiejś dogtrekkingowej imprezie.

  6. 25 maja 2014 at 10:57

    uff to miałaś szczęście z tą klimatyzacją. Ale P. nie zarzeka się, że więcej nie idzie? 😉 Mamy planach jechać w listopadzie do Wisły na dogtrekking, a wcześniej będziemy w Tychach we wrześniu. Więc może gdzieś na siebie się natkniemy 🙂

  7. P.
    26 maja 2014 at 12:54

    Błoto w butach nie było fochem. Mogło tak brzmieć, ale ostatecznie relacja mazana jednym palcem na komórce podczas rajdu to nie jest najdoskonalszy sposób komunikacji. Byłem raczej rozbawiony sytuacją.

    Powtórka wymaga przygotowania ode mnie. Dog trekking w wersji marsz na smyczy dla Tytanii to kombinacja nudy i frustracji. Jako, że smycz jest nie do uniknięcia, jedyne czym można poprawić atrakcyjność to bieg. Albo więc odbuduję kondycję, albo dog trekking ma mały sens dla T.

  8. 27 maja 2014 at 21:02

    Jezu z moim jest tak samo, jakieś fochy i tym podobne. A to podobno kobiety są okropne;)

    • Pies do kwadratu
      28 maja 2014 at 12:38

      Myślę, że kobiety też potrafią być całkiem okropne, ale nasza okropność jest skierowana w inną stronę. 😉

  9. 30 maja 2014 at 08:54

    Hi, hi, hi, ale się uśmiałam. Na szczęście w naszym zespole jedynym facetem jest Connor 🙂 Trzymajcie za nas kciuki w niedzielę, ruszamy na nasz pierwszy dogtrekking.

  10. 31 maja 2014 at 11:55

    Hahaha, no pięknie! Jeśli wybierzecie się na następny dogtrekking to zapraszam aby dołączyć do naszej kilkupsiej ekipy 🙂

    • Pies do kwadratu
      31 maja 2014 at 14:12

      Chętnie, jeżeli tylko psiaki będą potrafiły się dogadać. 🙂

    • 2 czerwca 2014 at 06:33

      jak Fadziasty dał rade iść koło Bonza to myślę że i z twoją psiną się dogadają 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.