Pot i łzy, czyli dogtrekking w Przesiece

Za nami odbywający się w ramach Pucharu Polski dogtrekking w Przesiece. Plan był taki, że P. wraz z Tytanią będzie walczył na najdłuższej, 40-kilometrowej trasie, a ja poczekam z Gambitem na mecie. Na kocyku, w cieniu drzewa. Plany jednak mają to do siebie, że ulegają zmianom. Na szczęście, tym razem zmiany nie były spowodowane żadną katastrofą. Po prostu okazało się, że Kasia i Daniel, właściciele psa Bohuna, to tak sympatyczni, wspaniali ludzie, że nie chcieliśmy dobrowolnie rezygnować z zawodów w ich towarzystwie. W związku z tym ostatecznie wystartowaliśmy całą trójką w kategorii rodzinnej na krótszym, 24-kilometrowym dystansie, jako skromna ⅓ Reprezentacji kłaków w kawie – razem z rodzinami Bohuna i tollera Aldora.

dreamteamTrasa miała mieć 24 kilometry, a przejście jej – zdaniem najbardziej doświadczonych zawodników w naszej drużynie – zająć około 6 godzin. Ostatecznie okazało się, że spędziliśmy w górach 7 i pół godziny, a po przejściu przez pomarańczową, dmuchaną bramę w nogach mieliśmy dokładnie 30 kilometrów i 500 metrów. Wbrew pozorom to niedoszacowanie wcale nie wynikało z naszych pomyłek w nawigacji, a do tego dodatkowe 6 kilometrów dało mi się we znaki. Tak naprawdę, całą relację z imprezy można by zamknąć w krótkim zdaniu: “Poszłam, dotarłam na metę, umarłam, a potem musiałam wyjść z Gambitem na zombie walk” postaram się jednak być nieco dokładniejsza.

W punkcie startu, tuż przy ośrodku wczasowym Kaliniec, spotkaliśmy się na odprawę o 9.40. Nastąpiło rozdanie map i kart, do których wpisywało się dane z punktów kontrolnych oraz krótkie omówienie trasy. Tego ostatniego właściwie mogłam nie słuchać, bo w naszej psio-ludzkiej ekipie kwestie nawigacji wziął na swoje barki Daniel, wspomagany przez Dominika i P. w rzadkich chwilach kryzysu. Mimo to, nie tylko nie puściłam słów konferansjera pomimo uszu, ale nawet poczyniłam, pewne notatki. Wynikało z nich, że zdecydowana większość trasy wiedzie wzdłuż turystycznych szlaków, zatem mogliśmy spodziewać się, że raczej nie przyjdzie nam spędzić nocy w górach, drżąc z zimna i obawy przed dziką zwierzyną. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że Przesieka w sam raz nadaje się na dogtrekkingowy debiut.

poczatekGodzina zero wybiła mniej więcej 20 minut później. Stado ludzi i psów wyrwało przed siebie, pierwszy raz przekraczając pomarańczową, dmuchaną bramę z logo sponsora. Kasia reklamowała mi dogtrekking jako przyjemną, rodzinną imprezę, raczej spacer w górach z postojami na zdjęcia i piknikowanie, niż poważne zawody. Tymczasem ku mojemu zdziwieniu wszyscy ruszyli z kopyta, biegiem do pierwszego punktu kontrolnego. Nie zdążyłam zaprotestować przeciw tej barbarzyńskiej praktyce, więc nie pozostało mi nic innego, jak karnie potruchtać za migającym w oddali rudym ogonem Tytanii.

naszlaku pawelztytaniaPierwszy punkt kontrolny znaleźliśmy nadspodziewanie szybko, po prostu pędząc za tłumem. Z entuzjazmem wpisałam żądane przez ogranizatora cyferki na kartę, uskrzydlona tym małym sukcesem – czułam się niemalże, jakbym ponownie znalazła się w podstawówce i zbierała odznaki trenera Pokemonów. Tylko tym razem na żywo. Radość ta była jednak przedwczesna i głupia. Gdybym wiedziała, co czeka mnie za chwilę, z pewnością banan na twarzy zniknąłby zalany potokami łez. Czekały wszak góry…

Organizatorzy na drodze z punktu pierwszego do czwartego zafundowali uczestnikom strome, kamieniste podejście. Pewnie doprowadziłoby mnie ono do wyplucia płuc jeszcze w połowie drogi, gdyby nie Tytania, którą przejęłam od P. Ruda była podczas wspniaczki nieocenioną pomocą: nie odbijała na boki, tylko niestrudzenie parła do przodu, reagując na każde „Dawaj, dawaj!”. Dziw bierze, że urodziła się seterem, a nie eurodogiem.

zebringnapiknikinguniuniaPo podejściu, które sprawiło, że byłam czerwona i zlana potem – bardziej niż człowieka przypominałam legendarnego Karkonosza! – istotnie nastąpił spacer po płaskim, podczas którego można było trochę odpocząć. Niestety, tylko fizycznie, bo droga z punktu czwartego do piątego ciągnęła się niemiłosiernie, jakby miała się nigdy nie skończyć. Szliśmy i szliśmy, a potem szliśmy jeszcze trochę. I drugie tyle. Następnie znowu. Moja frustracja rosła z każdym kilometrem, a dusza trenera Pokemonów rozpaczliwie krzyczała o kolejną odznakę… to jest, chciałam powiedzieć, punkt kontrolny i przynależące do niego hasło!

Po dotarciu do – jakże długo wyczekiwanego! – punktu piątego mieliśmy już w nogach około 20 kilometrów. Nie zgubiliśmy się wprawdzie, jednak po drodze wyszło na jaw, że mapy, które uczestnicy wydarzenia otrzymali na starcie nie były aktualne – na trasie, zamiast oczekiwanego skrętu w lewo między punktami trzecim i czwartym, był zakaz zejścia poza szlak, co sprawiło, że musieliśmy nadłożyć drogi. Patrząc na mapę dało się zauważyć, że najpewniej nikt z ekipy organizatorskiej nie zadał sobie trudu przejścia trasy i sprawdzenia jej osobiście, co przełożyło się na podanie błędnych informacji uczestnikom imprezy. Na szczęście, zmęczenie przynajmniej do pewnego stopnia rekompensowały wyborne towarzystwo i piękne widoki.

widoczek1 widoczek2widoczek3Droga z punktu piątego do następujących po nim szóstki, siódemki i ósemki minęła błyskawicznie, bowiem rozmieszczone były one mniej więcej co 2-3 kilometry. W sam raz, aby na ciele pojawiło się kolejne bolące miejsce, ale by jednocześnie można było cieszyć się z zamknięcia kolejnego etapu trasy. Nie ukrywam, że nie była to ani wielka, ani szczególnie ekspresyjnie wyrażana radość, bo na tym etapie zawodów czułam już dokładnie każdy mięsień od pasa w dół, a moje myśli koncentrowały się na czekającym w Kalińcu zimnym piwie. To był także ten etap, w którym wiedziałam, że każdy postój grozi stwierdzeniem “to ja tu zostaję, idźcie dalej beze mnie, popatrzę sobie na drzewa”. Kiedy na “ostatniej prostej” mijaliśmy osoby, które już ukończyły trasę i zachęcały nas do biegu myślałam, że się rozpłaczę. Szczególnie, że P. istotnie zaczął biec, zostawiając mnie w tyle… Kolejny raz przypomniałam sobie, że w sportach kynologicznych liczy się nie tylko trening psa i poderwałam się do koślawego biegu, by w końcu przekroczyć metę. Nawet nie byliśmy ostatni.

Udało się.

***

Dzięki temu, że noclegi wykupiliśmy w Kalińcu właściwie zaraz po przekroczeniu mety wylądowałam najpierw ze spragnionym towarzystwa Gambitem na spacerze, a chwilę później pod prysznicem. Potem pozostało cieszyć się ceremonią wręczenia dyplomów. “Na scenę” wywoływani byli kolejno wszyscy uczestnicy, a nie tylko ci, którym udało się zdobyć miejsce na pudle, co oznacza, że my również załapaliśmy się na uścisk ręki prezesa.

Nadprogramowa część imprezy odbyła się natomiast następnego dnia, kiedy nasi nieustraszeni panowie zanurzyli się w lodowatej wodzie Wodospadu Podgórnej, wygrywając tym samym darmowy start na dogtrekkingu w Przesiece w kolejnym sezonie. Wygląda na to, że przyjdzie nam kolejny raz odwiedzić Karkonosze, a tymczasem lecę szykować formę na zbliżającą się wielkimi krokami Wisłę!

  23 komentarze do tekstu: „Pot i łzy, czyli dogtrekking w Przesiece

  1. 4 września 2015 at 11:21

    Oj tam spacerek, ale przeszłaś! I wcale nie dałaś po sobie poznać, że zaraz padniesz :)
    Podoba mi się idea zbierania pokemonów – trzeba organizatorom podsunąć pomysł, aby w Wiśle na punktach kontrolnych były nazwy pokemonów, a nie jakiś tam Karkonosz 😉

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      4 września 2015 at 11:35

      Tak! Pokemony na trasie byłby mega (!!!), obawiam się jednak, że za coś takiego organizatorzy mogliby słono zapłacić – z jednej strony, z pewnością licencja kosztuje krocie, z drugiej natomiast pewnie i tak jest tańsza, niż bycie przypłapanym na naruszeniu praw autorskich.
      Swoją drogą, strasznie mi głupio, że tak wyprułam do przodu na koniec, ale wynikało to właśnie ze zmęczenia – po prostu wiedziałam, że jeżeli zwolnię lub się zatrzymam to już dalej nie pójdę, a poza tym, miałam też bolesną świadomość tego, że Gambit jeszcze nigdy wcześniej nie został sam na tak długo, więc dodatkowo bałam się tego, co zastanę w Kalińcu. Aż dziwne, że obyło się bez sika, a skończyło tylko na jednym strąconym ze stolika (na szczeście, nierozbitym!) kubku. W ogóle – nie mogę doczekać się Wisły. Puszczę tam P. na mida samego, niech robi wynik, a sama będę szła rekreacyjnie, bez wyrzutów sumienia, że go spowalniam.

    • P.
      4 września 2015 at 14:10

      Nie widziałaś twarzy D. na ostatnim kilometrze.

  2. 4 września 2015 at 11:59

    Okrutnie uśmiałam się czytając relację, chociaż sama pewnie bym umarła w połowie trasy 😀

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      4 września 2015 at 18:31

      Ja w ogóle sobie nie wyobrażam, jak można iść na tę najdłuższą, 40-kilometrową trasę – masakara. Podziwiam wszystkich longowców.

  3. 4 września 2015 at 15:31

    Dogtrekking jest super 😀 Może faktycznie na pierwszy raz, przejście na raz 30 km jest pewnego rodzaju krokiem do samobójstwa, ale pierwsze koty za płoty. Na następny raz będziesz wiedziała czym to pachnie. 😉

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      4 września 2015 at 18:37

      Niby wiem, czym to pachnie, niby wiem, że nie powinnam, niby wiem, że potem będę umierać, ale wszystko wskazuje na to, że w Wiśle też będę robić mida… 😛

  4. 5 września 2015 at 13:26

    Brawo! To debiut z mocnym hukiem, taka trasa ^^
    Strasznie mało tych punktów jak na 30km, oczekiwałabym więcej :p
    Żałuję, że w końcu nie pojechałam, ale mam nadzieję, że w kolejnych dogtrekkingach już uda się nam spotkać i przejść trasę wspólnie (tylko Bohun z Giro przestaną jeszcze żądać rozlewu krwi i będzie idealnie ;)).

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      5 września 2015 at 21:21

      A, dziękuję. Mam nadzieję, że z czasem będzie już tylko lepiej, a jak Gambit dorośnie, będziemy mogli startować w teamie dwoje ludzi i dwa psy. 😉
      Oficjalnie trasa miała 24 kilometry, poza tym między punktem czwartym a piątem był naprawdę duuuży odcinek do przyjścia – myślę, że mała liczba punktów wynika właśnie stąd. Wybierasz się może do Wisły? :)

  5. 5 września 2015 at 14:19

    Czytając Twój opis, zaczęłam się grubo zastanawiać czy Wisła, to dobre miejsce na debiut. Wszak Wisła to też góry. Uwielbiam spacery, ale wspinaczka jest raczej daleko na liście moich aktywności fizycznych 😀

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      5 września 2015 at 21:24

      Myślę, że o to, czy Wisła nadaje się na debiut najlepiej by było zapytać kogoś, kto już tam startował, bo mimo wszystko góry górom nierówne. W Przesiece trudność podejścia polegała nie tyle na tym, że trzeba było iść pod górę, co na rodzaju podłoża – nie dość, że szło się po górę, to jeszcze po dużych, nierównych kamieniach, co nie pozwalało po prostu maszerować równym krokiem, tylko zmuszało do stawiania długich kroków, wyciągania się, etc., a więc męczyło podwójnie.

  6. 6 września 2015 at 19:43

    Naprawdę, naprawdę musimy się wybrać na dogtrekking. Co prawda właśnie obawiam się startu, bo generuje takie emocje (których nie znoszę i nie toleruję u moich psów), że mam obawy czy nasze psy nie wywaliłyby nas z butów 😛

    BTW narzekasz i narzekasz na czerwoność lica, a na każdym zdjęciu wyglądasz tak godnie („szajn lajk e dajmond”), że aż mi głupio siedzieć w dresie po drugiej stronie ekranu :))

    • P.
      7 września 2015 at 11:51

      Zdjęcia D. są sprzed połowy trasy i trochę po tym jak odpoczęliśmy po podejściu :)

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      7 września 2015 at 15:39

      Myślę, że spokojny start jest do zrobienia – Tytania na przykład zachowywała się przed samym startem bardzo w porządku, w trakcie biegu w największym tłumie też nie mogę jej nic zarzucić. W jej przypadku to kwestia charakteru psa, u Was pewnie byłaby to kwestia wypracowania pewniej dyscypliny, nie mam jednak wątpliwości, że się da, chociaż być może nie podczas pierwszej tego rodzaju imprezy. Nawiasem, mały 150kilometrowy dogtrekking o charakterze charytatywnym odbywa się w ten weekend w Warszawie – może chcesz wpaść? 😀

      Co do zdjęć, to oczywiście te najgorsze zostały skasowane, a te średnio złe są do wglądu tylko w prywatnym domowym archiwum. Te, które wylądowały na blogu były robione już sporo po najgorszym, początkowym podejściu – zdażyłam trochę odpoczac i ochłonąć. 😉

      • P.
        7 września 2015 at 17:16

        Nom – dla D. 150km dogtrekking to teraz bułka z masłem. Jak chce zabrać T. na dłuższy spacer, ta w panice wskakuje do wanny i błaga mnie żebym ją zamiast tego wykąpał.

  7. Pies do kwadratu
    Pies do kwadratu
    7 września 2015 at 17:18

    Oj, no wiadomo, że chodziło o 15 😛

    • 8 września 2015 at 11:12

      Haha P. !<3 BTW też mnie z lekka zmroziło, jak D. z taką swobodą sobie napisała 150km, wzięłam to na serio 😀

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        9 września 2015 at 09:32

        Toż 150km zabiłoby nas psychicznie jeszcze przed startem, a potem fizycznie wykończyło po drodze. 😛

      • P.
        9 września 2015 at 10:09

        Bieg Rzeźnika w wersji Hardcore ma 100km(! i drugie ! że w ogóle rzeźnik jes tw odmianie Hardcore) i ktoś go zrobił w niecałe 16h więć teoretycznie 150km da się od północy do północy XD

  8. 15 września 2015 at 14:04

    Świetna relacja! :)

  9. 16 września 2015 at 12:01

    Jak widać po opisie i zdjęciach cudowny czas, cudowni ludzie, cudowne miejsce, cudowne psiaki. Najważniejsze że po wszystkim nadal uśmiech. I domyślam się że po dotarciu do mety odczuwa się coś w rodzaju wewnętrznego spełniania, radochy. Gratuluję wytrwałości!
    Niechże ten mój czterołapny szybciej rośnie 😉

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      16 września 2015 at 13:45

      Jeszcze zdażysz zatęsknić za czasami, kiedy był małym papisiem, zobaczysz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.