Zawody obedience w Grębiszewie

W połowie marca w Grębiszewie niedaleko Mińska Mazowieckiego odbyły się podwójne zawody obedience o statusie (już ostatnich!) kwalifikacji do tegorocznych Mistrzostw Świata. Kiedy zapisywałam się na tę imprezę, sądziłam, że to okazja, której nie można przepuścić – data w sam raz, aby udało się dopracować techniczne niedoróbki, które kłuły w oczy podczas startu w Gdyni, a do tego blisko, z opcją wygodnego noclegu w przyjaznym dla psów hotelu na miejscu. Grzech nie skorzystać, skoro wszystko tak pięknie się układa! Prawda? Nieprawda. Chyba nigdy dotąd w swojej krótkiej obedience’owej karierze nie pomyliłam się tak bardzo.

17311201_1284823614898905_1043460248186317053_oMimo rozmaitych, piętrzących się na mojej drodze przeszkód, starałam się konsekwentnie przygotowywać siebie i psa do startu w Grębiszewie. Trenowałam sporo, koncentrując się przede wszystkim na tych ćwiczeniach, które wypadły najgorzej na ostatnich zawodach, a więc przeszkodzie, kwadracie i siad w marszu, dodatkowo kładąc dość mocny nacisk na aport i obieganie pachołka, które również wymagały dopracowania. Cieszy mnie, że część z nich rzeczywiście udało mi się poprawić, jednocześnie jednak mam świadomość, że w tamten marcowy weekend zaliczyłam dwa najgorsze jak dotąd starty w zawodach. W takiej kompletnej rozsypce emocjonalnej nie stałam u boku mojego psa jeszcze nigdy i jestem więcej niż pewna, że to zemści się na nas w przyszłości. Z tego powodu na jakiś czas odkładam obedience na bok. Chcę dać nam czas na odpoczynek i wyrzucenie z głów złych emocji, a także znalezienie planu naprawczego – takiego, który obejmie zarówno mnie, jak i mojego psa.

***

W sobotę spóźniłam się trochę z wyjęciem psa z klatki i przeprowadzeniem odpowiedniej rogrzewki, jednak mimo to, jeżeli brać pod uwagę wyłącznie wynik, jak dotąd był to nasz najlepszy start w klasie 1: lokata 8/19, 226,5/320 punktów, ocena bardzo dobra. Sędziowała p. Viktoria Varsani – cudowna, ciepła osoba, która razem z pełniącą funkcję komisarza Joanną Janiec tworzyła na ringu wspaniałą, sympatyczną atmosferę. Podczas przebiegu dało się wyczuć, że sędzia oraz steward są w ringu dla pary zawodniczej i wspólnie dbają o to, aby zapewnić jej jak najlepsze warunki do pokazania swoich umiejętności.

Siad w grupie przez 1 min., 6 p.
Ćwiczenie, którego w zasadzie nie dotykałam od powrotu z Gdyni, co, rzecz jasna, okazało się błędem. W efekcie zepsuliśmy oboje – ja oglądając się za siebie podczas dochodzenia psa (dwukrotnie!), Gambit drapiąc się gdy mijałam go podczas powrotu. Przypuszczam, że to drapanie nie miało nic wspólnego ze swędzeniem, a było po prostu reakcją emocjonalną. Obok Gambita siedziała bowiem dość intensywnie wokalizująca suka, co najwyraźniej rozstroiło go na tyle, że musiał sobie ulżyć. Pamiętając, że w obedience wymagam ciszy zamiast jęknąć podrapał się. Zostawanie w każdych w warunkach to z pewnością rzecz do przerobienia na nowo, chociaż muszę przyznać, że cieszy mnie podjęcie przez mojego psa takiej świadomej decyzji.

Chodzenie przy nodze, 8,5 p.
Nie było to chodzenie na miarę Gambitowych możliwości: kroki w tył nie zadziałały odpowiednio, do tego siad przy zatrzymaniach był wolniejszy niż bym sobie tego życzyła.

Stój w marszu, 10 p.
Niezmiennie ulubione ćwiczenie Gambita, ponownie wykonane na równe 10 punktów. Ta dziesiątkowa passa zaraz się skończy (w zasadzie – skończyła się następnego dnia!), bo podskok, który pies wykonuje przy zatrzymaniu stał się niebezpiecznie wysoki, jak na przyjęte obecnie standardy. Jestem wprawdzie fanką hop-stója, mam jednak świadomość aktualnych trendów w sędziowaniu, więc kiedyś z pewnością będę musiała zabrać się za obniżenie go.

Przywołanie, 7 p.
Nie usiadł. Ziemne, mokre błoto na ringu wiele psów kłuło w zadki, a Gambit okazał się jednym z nich. Kolejna rzecz do przerobienia.

Siad w marszu, 0 p.
Jak łatwo się domyślić, zgodnie ze swoimi aktualnymi preferencjami – zrobił stój.

Wysyłanie do kwadratu, 0 p.
To 0 , które budzi mój wielki smutek i ból w serduszku. Jakiś tydzień przed zawodami miałam wrażenie, że w końcu gdzieś z tym kwadratem dochodzimy, że Gambitowi układa się w głowie idea ćwiczenia. Wrażenie w zasadzie nie rozmijało się jakoś szczególnie z rzeczywistością, zabrakło natomiast kilku dodatkowych dni na dopracowanie całości oraz myślącego przewodnika, który wie, jak poradzić sobie z szybkim psem. Prawda jest taka, że za położenie tego ćwiczenia odpowiadam ja – za szybko zatrzymałam psa. Już podczas treningów wielokrotnie zdarzało mi się, że gdy dawałam komendę na zatrzymanie natychmiast po przekroczeniu pierwszej taśmy pies wypadał mi dosłownie 10 cm za nią, kiedy natomiast zatrzymywałam po przekroczeniu pierwszej taśmy i jednym płytkim oddechu Gambit już wylatywał z kwadratu, a zatrzymanie wychodziło za 2 taśmą. Oczywiście, taka sytuacja powtórzyła się podczas zawodów. Nie chcąc, aby pies wylądował za kwadratem zbyt szybko podałam komendę na zatrzymanie. Na moje “Front!” Gambit momentalnie stanął i obrócił się, tak że znajdował się w prawym, przednim rogu kwadratu. Na tyle blisko pierwszej taśmy, że gdy kładąc się podsunął się delikatnie w przód białe końcówki przednich łap wypadły za kwadrat. Głupia ja.

Aport, 8,5 p.
Zbyt wolny powrót.

Zmiana pozycji na odległość, 10 p.
Wygląda na to, że na ten moment to nasze najlepsze ćwiczenie. Zabawne, bo pozycje zepsuły mi się kompletnie równo tydzień przed zawodami. Oczywiście, starałam się szybko rozwiązać zaistniałe problemy, nie spodziewałam się jednak fajerwerków. A tu proszę.

Skok przez przeszkodę, 7 p.
Nie usiadł.

Obieganie pachołka, 9 p.
Ciaśniutko, ale zbyt wolny powrót do nogi.

Wrażenie ogólne, 10 p.
Miły akcent na koniec. Nie wiem, kto bardziej na tę 10 zapracował, ja czy pies. Kilkukrotnie usłyszałam od sędziny, że jestem świetnym handlerem, bardzo podoba jej się sposób, w jaki prowadzę psa po ringu i czeka na mnie w klasie 3. Trochę się to w głowie nie mieści.

***

W porównaniu do soboty, niedziela była kompletną katastrofą, której kompletnie nie oddaje widniejący na karcie oceny wynik: lokata 10/17, 215,5/320 punktów, ocena dobra. Wraz z wejściem na ring nastąpiło bowiem kompletne zwarcie emocjonalno-intelektualne, tak u mnie, jak i u Gambita. Same ćwiczenia wprawdzie nie wyglądały najgorzej, natomiast jeżeli chodzi o wyraz pracy, zaangażowanie oraz, ogólnie rzecz ujmując, poradzenie sobie z sytuacją zawodów zgodnie zaprezentowaliśmy poziom, który można określić jako dno i milion metrów mułu. Patrząc wstecz myślę, że zamiast pchać się w to głębiej, należało zrezygnować ze startu po zostawaniu. Niestety, nie zrobiłam tego, a w efekcie Gambit totalnie, kompletnie cichy na ringu przygotowawczym zaczął jęczeć dokładnie po przekroczeniu taśmy odgradzającej ring główny od reszty placu. Kiedy myślę o tym, jak koszmarnie musiał się podczas tego startu czuć mam ochotę walić głową w ścianę. Serio.

Siad w grupie przez 1 min., 0 p.
Ponownie towarzystwo Lexi wzbudziło niezdrowe emocje. Tym razem zamiast się drapać zdecydował, że należy poszukać u mnie ratunku, a więc wstał i pomaszerował w moją stronę, tym samym kładąc całe ćwiczenie.

Chodzenie przy nodze, 7,5 p.
Do problemów, które pojawiły się dzień wcześniej doszło dodatkowo burczenie.

Stój w marszu, 9 p.
Zgodnie z moimi przewidywaniami, Gambit wkroczył w etap radosnych, wysokich podskoków podczas zatrzymania i wykicał stratę jednego punktu.

Przywołanie, 9,5 p.
Prawdę mówiąc, nie wiem za co poleciało te 0,5 punktu. Patrząc na to, jak wygląda jego pac przy nodze sądzę, że mógł podnieść prawy łokieć (ten od strony przewodnika), żeby spojrzeć mi w twarz przy podaniu ostatniej komendy.

Siad w marszu, 8 p.
Pomogłam mu mową ciała, żeby mieć pewność, że zrobił, więc -2, ale w końcu lepsze 8 niż 0.

Wysyłanie do kwadratu, 0 p.
Skoro nie odpuściłam startu po zostawaniu, powinnam być chociaż na tyle przytomna, żeby uciec z ringu po kwadracie, który (wbrew kolejności ćwiczeń podanej na karcie oceny) wykonywany był jako pierwszy. Gambit zatrzymał się w środku kwadratu, położył, po czym kiedy do niego szłam… wstał i przyszedł do mnie po pocieszenie.

Aport, 8 p.
Dobre wyczekanie, start i podebranie. Niestety, pojawiło się kwiczenie przy powrocie.

Zmiana pozycji na odległość, 10 p.
Nie mogę się nadziwić tych dziesiątek za pozycje, naprawdę.

Skok przez przeszkodę, 6 p.
Nie usiadł.

Obiegania pachołka, 8 p.
Wolny powrót, a do tego z pewnością sobie w którymś momencie kwiknął.

Wrażenie ogólne, 8 p.
Nie wiem, skąd się wzięło tych 8 punktów, bo gdybym miała sama wypełnić tę rubrykę to pojawiłoby się w niej wielkie, okrągłe 0.

***

Wnioski? Całe mnóstwo. Kiedyś z pewnością wykorzystam je, aby stworzyć plan przygotowania siebie i Gambita do kolejnych zawodów, tymczasem jednak przez najbliższe tygodnie zamierzam skupić się na zabawie (kluczowe słowo!) w odkrywaniu naszego wspólnego frisbee potencjału. Bo czasem, kiedy bardzo nam na czymś zależy najlepiej jest zrobić sobie przerwę.

 

photo credit: Demoniczna Sfora

  10 komentarzy do tekstu: „Zawody obedience w Grębiszewie

  1. Karolina K.
    24 marca 2017 at 10:39

    Witaj. :) Wnioski wydają mi się słuszne, ale wydaje mi się, że trochę zbyt krytycznie (w sensie za ostro) siebie oceniasz. :-*
    Pozdrawiam Was serdecznie! 😀

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      26 marca 2017 at 16:18

      Dzięki! Myślę, że ostre, krytyczne ocenianie, szczególnie siebie, to jeden z tych elementów, które pozwalają iść na przód – szczególnie w takiej aktywności, w której liczy się każdy detal.

  2. 24 marca 2017 at 12:44

    Trzymam mocno kciuki za Wasze frisbee podrygi. Najważniejsza w tych wszystkich sportach jest po prostu zabawa i wspólne spędzanie czasu. Obiedience jest mocno presyjnym sportem, wszystko dokładne, perfekcyjne i spokojne. Podziwiam Cię za dokładność i systematyczność, bo ja bym w życiu nie dała rady. Tak jak komentarz wyżej, za surowo się oceniasz, odpoczynek i trochę „głupot” pewnie dobrze Wam zrobi :)

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      26 marca 2017 at 16:21

      Odpoczynek na pewno dobrze znam zrobi; myślę, że Gambitowi przydałaby się także mocno samodzielna aktywność, taka w której sam podejmuje większość decyzji, jak na przykład pasienie, ale niestety nie mam go komu oddać w tym celu. :/ Zostaje nam więc sporadyczne frisbee i budowanie kondycji, która z pewnością przyda się, gdy wrócimy do obedience w pełnym wymiarze. :)

      • Karolina K.
        27 marca 2017 at 11:22

        A tropienie? Też wymaga sporo samodzielności i odpręża psią głowę. W Warszawie jest kilka fajnych grup. :)

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        27 marca 2017 at 12:48

        Z tropieniem to mam akurat taki problem, że zupełnie, kompletnie mnie nie kręci, ale może przełamię się dla synusia.

  3. 24 marca 2017 at 13:18

    Jestem zła i bez serca, ale robicie naprawdę ładne wrażenie, a że się czasem cosik pierdyknie – ot, życie. Masz gorszy okres – z Twoich wypowiedzi wynika, że naprawdę jest Ci ciężko, a pieski to niestety świetne lustra. Zapewniam Cię, że gdybyś zobaczyła jak kilka tygodni mojego stresu przeorało pandeczkowy mózg, to uznałabyś nas za parę z koszmarów i mijała kanałami 😛
    Myślę, że wolne od obi to bardzo dobry pomysł – odetchniecie, zatęsknicie, a może czas pozwoli, żeby i emocje były inne. Nie ma co się biczować za to, czego nie zrobiłaś. Jestem mistrzynią samoudręczenia „bo trzeba było nie ładować psa w tę sytuację”, ale to tylko pogarsza moje samopoczucie przy następnej okazji. Że tak pojadę sucharem: jebło, to jebło, na chuj drążyć 😛 Wnioski są, o reszcie zapominamy.
    Podczas czytania o naprawianiu siadu w błocie i znając Twój profesjonalizm w podejściu do treningu, wyobraziłam sobie, że nie pozwolisz pogodzie rządzić swoimi przygotowaniami i będziesz popylać po Warszawie z wiadrem wody i grabkami, tworząc Gambitowi podłoże do siadania 😛 Jakkolwiek absurdalnie, ciesze się z tej wizji sama do siebie 😀

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      26 marca 2017 at 16:23

      Niestety, Gambit to miękki synuś mamusi, co ma swoje dobre, ale również jak widać także złe strony. Kusi mnie bardzo, żeby sobie podłubac jakieś detale, przypuszczam jednak, że na tę chwilę najlepsze co mogę zrobić to odpuścić, obniżyć kryteria i techniczny perfekcjonizm schować do kieszeni. :( Także Ty mnie z tym home made błotem nie podpuszczaj! 😛

      • Karolina K.
        27 marca 2017 at 11:24

        Hahaha. 😀 Właśnie wyobraziłam sobie Ciebie w skrajnie suchy dzień zasuwająca po Warszawie z baniakiem wody w jednej ręce i wiadrem ziemi w drugiej oraz grabiami przypiętymi do plecaka… 😛

      • Pies do kwadratu
        Pies do kwadratu
        27 marca 2017 at 12:49

        Ajajaj, następna. Nie podpuszczajcie mnie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.