Seminarium obedience z Kamilą Buryn

W zeszły weekend (2-3 lipca) razem z Gambitem uczestniczyłam w seminarium obedience, które prowadziła Kamila Buryn, świetna zawodniczka i przewodniczka MEGA psów. Kamilę z dalekiego Rzeszowa do Warszawy sprowadziła Patrycja Sztukarewska – właścicielka szkoły dla psów Dream Dog, a także utytułowana zawodniczka. Początkowo chciałam pojawić się tylko w charakterze obserwatora, skuszona dużą liczbą wykładów o ciekawej tematyce a jednocześnie przyciśnięta brakiem gotówki, tak się jednak złożyło, że pewnego dnia P. rzekł do mnie “Zapisałem Was na seminarium z Kamilą”. A jak nas, to nie mnie. Nie mogłam się przecież kłócić!

obedience_kamila_1***

Pierwszego dnia Matka Natura uraczyła nas możliwością – w zależności od pogodowych preferencji – złapania odrobiny Słońca (ja) lub spalenia się na skwarkę (Gambit i chyba wszyscy pozostali uczestnicy). Na szczęście, z myślą o wszystkich tych, którym 30 parę stopni wydaje się nieco zbyt wielką letnią rozpustą, Patrycja sprowadziła na plac dwa namioty. Kiedy już wspólnymi siłami poskładaliśmy je do kupy można było umieścić klatki dla psów w bezpiecznym cieniu, a także samemu próbować uniknąć udaru.

Ledwo zdążyłam rozłożyć rzeczy, a już przyszła pora na moje wejście. Gambit i ja pierwsi prezentowaliśmy swoje obi pląsy, bowiem kiedy wcześniej Patrycja pytała mnie o preferencje godzinowe, stwierdziłam, że zależy mi tylko na tym, aby nasza kolej nie wypadła w samo południe. W efekcie znaleźliśmy się na samym szczycie listy.

Zgodnie z zasadą, że to coś, przy czym zawsze warto pogrzebać zaczęłam od chodzenia przy nodze. Jednocześnie muszę przyznać, że w przypadku tego ćwiczenia niewiele już zostało do poprawienia u psa. Gambit świetnie rozumie pozycję przy nodze, bo to najsmaczniejsze miejsce na Ziemi i myślę, że w jego wykonaniu chodzenie wygląda naprawdę dobrze – zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę jego młody wiek oraz brak doświadczenia. Jak to zwykle bywa, piętą Achillesową zespołu jest człowiek. Ze wstydem przyznaję, że chodzę jak pokraka, mocno odwrócona do psa, który wcale nie potrzebuje takiej pomocy, a na domiar złego jednoczesne kontrolowanie ruchów rąk i nóg kompletnie mnie przerasta. W efekcie nasze chodzenie przy nodze to słodko-gorzki obrazek, w którym Gambit gwiazdorzy i próbuje odwracać ode mnie uwagę. W związku z tym, jak można się łatwo domyślić, podczas pierwszego wejścia Gambit głównie leżał, a ja zasuwałam po placu, ucząc się odpowiednio stawiać stopy, właściwie ruszać rękami i szukając tempa, w którym pies będzie czuł się najbardziej komfortowo, a przy tym najlepiej prezentował. Wygląda na to, że coś się z tego urodzi. Jeszcze tylko kilka długich tygodni chodzenia przy nodze bez psa (tak, tak!) i Gambit nie będzie musiał się mnie wstydzić.

obedience_kamila_2Później mogłam smażyć się na kocyku i podziwiać pozostałe psy podczas pracy – bardzo miłe doświadczenie ze względu na sporą rozpiętość rasową, choć głównie w ramach pierwszej grupy FCI. W seminarium uczestniczył przepiękny biały owczarek szwajcarski, niesamowicie słodki 4-miesięczny ACD, rozbrajająca tollerka, zdolne kundelki i tylko jeden border collie.

obedience_kamila_5obedience_kamila_3Po pierwszej serii wejść indywidualnych przyszła pora na część wykładową. W sobotę dotyczyła ona motywacji, nagradzania oraz narzędzi do budowania ćwiczeń. Z radością przekonałam się, że większość elementów, o których mówiła Kamila mam zrobione i w zasadzie mogę spokojnie dalej uprawiać swój obedience’owy ogródek.

Wykład zakończył się wraz z przybyciem dostawcy pizzy – od uczty intelektualnej płynnie przeszliśmy do tej przyziemnej i kalorycznej, by naładować baterie na kolejną sesję pracy z psami. Po krótkim, luźnym spacerze ponownie wkroczyłam z Gambitem na plac, tym razem, aby zająć się podkręcaniem aportu. To ćwiczenie w wykonaniu owczareczka to prawdziwy roller coster – głupie wyczekanie bez patrzenia gdzie leci koziołek (sam to sobie, mądrala, wymyślił), piękny i szybki start, pewne podebranie o ile aport znajduje się w dokładnie tym samym miejscu co ostatnio, dobry powrót bez dodatkowej komendy, beznadziejnie luźne trzymanie przy nodze, ładne wypuszeczenie. Pracowałam głównie nad wprowadzeniem przedkomendy oznaczającej “Siedź na czekozadku i patrz, gdzie leci koziołek” oraz pewnym, mocnym trzymaniem gryfu przy powrocie. Myślę, że za jakiś czas uda mi się dojść do etapu poskładanych w całość klocków, w sumie tworzących wykonanie na niezłym poziomie.

Na koniec pozwoliłam Gambitowi trochę poganiać z Berdo. Mogłabym w tym miejscu napisać, że to największy 5,5-miesięczny border collie jakiego kiedykolwiek widziałam, tak się jednak składa, że przy okazji wyszło na jaw, że Berdo w rzeczywistości jest ozikiem i do tego wcale a wcale się z tym nie kryje (Kamila, składaj reklamację do hodowcy!). Tym sensacyjnym odkryciem zakończyliśmy pierwszy dzień obedience’owania pod okiem Kamili.

***

Niedziela zafundowała nam zwrot o 180 stopni pod każdym względem. Matka Natura pomyliła miesiące i zamiast lipca zrobiła listopad. Na domiar złego pozostawione na noc na placu metalowe stelaże od namiotów nie przetrwały – co gorsza, nie pokonała ich burza, a pijane dzieciaki, które w nocy zdewastowały ogrodzenie, włamały się na plac, by następnie zabrać się za niszczenie namiotów. Ostatecznie, spośród podeptanych, połamanych metalowych rurek udało się nam wybrać wystarczająco dużo tych w miarę prostych, żeby z dwóch stelaży złożyć jeden. Drugi dzień seminarium rozpoczął się, łagodnie rzecz ujmując, niezbyt optymistycznym akcentem.

obedience_kamila_4Zaraz po tym, jak udało się nam opanować sytuację rozpoczęły się wejścia z psami. Wszyscy próbowali być twardzi i nie zwracać uwagi na wzmagający się z każdą minutą deszcz – Gambit również. Mimo wyraźnego obrzydzenia całą sytuacją wyszedł z klatki na plac, żebyśmy mogli poruszyć kwestię przejść między ćwiczeniami. To element, z którym nie czuję się zbyt pewnie. Niby wiem, że Gambit jest w stanie pracować bez nagrody już dość długo, utrzymując przy tym niezły wyraz, jednak mam też świadomość, iż mogłabym w czasie przejść bardziej go zbudować i pomóc mu w przetrwaniu pełnego przebiegu w dobrym nastroju. Wiem już w jakim zmierzać kierunku, chociaż jednocześnie przyznaję, że nie jestem zadowolona z Gambitowego humoru podczas wejścia. W trakcie przerw rozpraszał się i próbował odejść w bardziej suche miejsce, z pewnością więc praca w trudnych warunkach atmosferycznych jest czymś, nad czymś dodatkowo trzeba pochylić się w przyszłości.Kolejne wejścia boleśnie uświadomiły nam, jak bardzo jest mokro i zimno. Z każdym kolejnym psem marzłam coraz bardziej, a Gambit w klatce zaczął wokalnie manifestować swoje niezadowolenie, co nie zdarzyło mu się od naprawdę bardzo dawna. Z tego powodu poprosiłam Kamilę o przesunięcie drugiego wejścia na koniec pierwszej sesji z psami, żeby P. , który jeszcze kręcił się w okolicy mógł zabrać czekopsa do domu. Jestem bardzo wdzięczna Kamili za to, że się zgodziła, szczególnie, że w całym tym pogodowym armagedonie miała na nogach… sandały. Mimo to dzielnie asystowała nam podczas początków ze zmianą pozycji siad – stój.

obedience_kamila_6Zakończywszy pierwszą turę pracy z psami ruszyliśmy gromadą do pobliskiego Bobby Burgera w nadziei na rozgrzanie żołądków ciepłą wołowiną i stosem frytek oraz możliwość przycupnięcia pod dachem na czas wykładów. Wybór okazał się bardzo trafny – nie dość, że burgery bardzo zacne, to jeszcze sala w podziemiach okazała się być świetną aulą wykładową. Tym razem Kamila podjęła temat, na który wszyscy czekali – planowanie treningów. Dla mnie była to najbardziej wartościowa część seminarium. Jestem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki Kamila uporządkowała poszczególne ćwiczenia oraz przydatne na zawodach umiejętności w spójny, logiczny system, a do tego jeszcze wszystko to zamienić w dostosowany do konkretnego psa plan treningowy, przedstawiony w formie przejrzystej tabelki. Na pewno zaadaptuję mnóstwo jej pomysłów w swoim treningu, a wszystkim tym, którzy mają problemy z długofalowym planowaniem bardzo polecam Kamilę i jej metody!

***

Seminarium z Kamilą to był cudowny początek lata. Mnóstwo konkretnych, fajnie podanych informacji, celne rady motywujące do dalszej pracy, a do tego wspaniała, przyjazna atmosfera. Przez cały weekend czułam się raczej, jak na spędzie towarzyskim niż warsztatach mających na celu szlifowanie obedience’owych figur. Jednocześnie przypuszczam, że ten ostatni element mógł sprawić, że osoby pierwszy raz uczestniczące w podobnym wydarzeniu czuły się nieco odsunięte na bok i przytłoczone faktem, że większość obecnych znała się już w innych seminariów lub zawodów. Tym niemniej, wykład o planowaniu treningów rekompensował każdą, największą nawet niedogonodność i jest warto wysłuchania nawet przy siarczystym mrozie, gradobiciu czy innym kataklizmie.

Informacje praktyczne

Organizator: Dream Dog
Prowadzący: Kamila Buryn
Cena: 350 zł
Miejsce: plac treningowy Dream Dog (skrzyżowanie Indiry Gandhi i Pileckiego)

  13 komentarzy do tekstu: „Seminarium obedience z Kamilą Buryn

  1. 8 lipca 2016 at 11:13

    Bardzo lubię pracować w trudnych warunkach podczas seminarium, bo później praca okazuje się łatwiejsza :)
    Co do Bobby Burger… Fujka. Byłam w Łodzi i uważam to za kompletną stratę czasu, pieniędzy i na dodatek szkoda mi moich kubków smakowych 😛

    • P.
      9 lipca 2016 at 21:45

      Bobby chyba mocno się różnią między sobą. Ale ostatnio podobno zrobiłem b. dobre w domu, więc jest to też jakaś opcja.

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      15 lipca 2016 at 13:39

      Bobby Burger jest super! Ale ja jestem ogromną fanką burgerów i chyba rzadko się zdarza, żebym była z jakiegoś naprawdę mocno niezadowolona. 😉

  2. Ola
    8 lipca 2016 at 11:32

    Bardzo miło czytało się tę relację :). Ja mam bardzo podobne wrażenia po seminarium z Kamilą. Podoba mi się jej podejście, a wykłady fajnie porządkują wszystko w głowie. Na pewno pojawię się u niej jeszcze raz jeśli będzie okazja.
    Dzielny Gambit! Nie mogę się doczekać aż zobaczę Waszą pracę kiedyś na żywo. Szczerze, to nie sądziłam dawniej że aż tak wkręcicie się w obi. Zresztą zawsze mnie to dziwi, bo kiedy ja coś zaczynałam w tym kierunku, słyszałam tylko od innych jakie to nudneeee :D.
    Trzymam kciuki za Wasz zespół!

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      15 lipca 2016 at 13:40

      Mnie akurta obedience nigdy nie wydawało się nudne i decydując się na drugiego psa szukałam czegoś z potencjałem właśnie do tego sportu. 😉

  3. 8 lipca 2016 at 11:57

    My chodzimy na podstawy obi w poniedziałki i mamy jeszcze problemy z nadmiarem energii, w poniedzialek nata z impetem weszla nie zważając na furtke i dlugo myslalam ze to ona ją zepsuła a tu niespodzianka…

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      15 lipca 2016 at 13:41

      O, też zaczynałam z Gambitem od podstaw obi u Patrcyji. Powodzenia! :)

  4. 12 lipca 2016 at 13:10

    Obidjęsowe klimaty są nam totalnie obce, aczkolwiek podziwiam samozaparcie w dłubaniu w najdrobniejszych szczegółach. Dla mnie to bardzo wysublimowany sport ze względu na jego powściągliwość i precyzję, a przecież drugiej strony tyle w nim emocji :) Co do ostatniego wykładu, to sama też zazdraszczam :)

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      15 lipca 2016 at 13:43

      Wkrótce poznamy też klimaty zdecydowanie bliższe Twojemu sercu – w sierpniu czeka nas obóz frisbee z Paulą Gumińską. :)

  5. Milena
    13 lipca 2016 at 18:04

    Świetna relacja :) My idziemy raczej w te szybkie, skoczne sporty 😉 Bobby burger pychota- byliśmy w zeszłe wakacje na Długiej w Gdańsku, byłam bardzo miło zaskoczona, że wpuścili nas przemoczonych z psem 😉

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      16 lipca 2016 at 11:31

      Ja zamierzam spróbować poważniej zabrać się za frisbee (z tych szybszych i bardziej skocznych rzeczy ;)), ale najpierw muszę nauczyć się porządnie rzucać, bo Gambit gotów połamać sobie łapy, żeby schwytać dysk w powietrzu.

  6. 13 lipca 2016 at 21:43

    Ojej, zrobiłaś mi zdjęcie! No, latałaś z własnym aparatem, takiemu to dobrze… Ja muszę czekać z relacją.
    Bardzo się cieszę, że udało mi się poznać Ciebie i Psy. Jak już mówiłam- niezwykłe doświadczenie!
    Rzeczywiście, czułam się niesamowicie wyobcowana, zwłaszcza pierwszego dnia. Jeszcze dodawszy do tego to, że byłam przeziębiona… No nic, następnym razem będzie lepiej!
    Pozdrawiam serdecznie!

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      16 lipca 2016 at 18:07

      Najśmieszniejsze jest to, że aparat miałam również w pierwszy, słoneczny dzień i ani razu nie wyciągnełam go z futerąłu 😛

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.