Sporty kynologiczne. Trenuj, do cholery!

Nie zliczę, ile już raz pisałam tu, że w Polsce coraz większą popularność zdobywają sporty kynologiczne. Z pewnością nie raz. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak rosnąca z roku na rok moda na aktywność sportową z psem jest niezaprzeczalnym faktem. Ośrodki szkolenia psów mnożą się na potęgę we wszystkich większych miastach. Przybywa zawodników wszystkich dyscyplin kynologicznych. Miejsca na zawody rozchodzą się w kilka sekund po opublikowaniu formularza zgłoszeniowego, a listy rezerwowe liczą nawet po kilkanaście zespołów. Każdy chce startować, stawać na podium, zdobywać osiągnięcia.

Szkopuł w tym, że nie każdy chce trenować.

Osobiście uważam, że brak treningów w 99% wyklucza starty, jednak rzeczywistość jasno daje mi do zrozumienia, że jestem w głoszeniu podobnych opinii odosobniona. Ostatnimi czasy bowiem coraz częściej widzę osoby chwalące się startami w oficjalnych zawodach bez jakiegokolwiek przygotowania. Rzecz nie mieści mi się w głowie do tego stopnia, że mam nadzieję, iż większość z nich naciąga realia tak, aby dodatkowo podkreślić niezaprzeczalną fajność swoich psów. Bo jeśli nie, to jest mi zwyczajnie przykro, że jestem częścią środowiska, w którym brak odpowiedzialności wobec żywego zwierzęcia uznaje się za coś atrakcyjnego.

*

Mało się o tym mówi, tymczasem uprawianie sportu z psem to nie tylko tęcza, jednorożce i radosne pląsy. Oczywiście, wszyscy dążymy do tego, aby ćwiczenia z ukochanej dyscypliny sprawiały czworonożnemu partnerowi przyjemność, trzeba jednak powiedzieć sobie jasno, że obok całej tej radości jest cała masa zwykłego, codziennego trudu. Regularnych, systematycznych treningów, dłubania detali, budowania ćwiczeń, rzeźbienia mięśni, podkręcania kondycji. Po prostu ciężkiej, usystematyzowanej pracy. Zarówno człowieka, jak i psa.

Bo sukces zwykle nie zdarza się przez przypadek. Sukces buduje się powoli, a wrodzony talent jest tylko jedną z jego składowych, którą należy nieustannie pielęgnować i rozwijać poprzez regularną pracę. Każdy, kto nie chce tej prostej prawdy zaakceptować powinien od razu dać sobie spokój ze sportami kynologicznymi, żeby oszczędzić sobie rozczarowań – wszak żaden pies nie rodzi się mistrzem świata.

Nagrody i tytuły zdobywa bowiem pies wraz z przewodnikiem. To właśnie na człowieku spoczywa odpowiedzialność właściwego przygotowania psa do stawianych przed nim na zawodach wyzwań – tych psychicznych, jak i fizycznych. Nie da się tego zrobić bez systematycznych treningów. Po prostu.

*

Ktoś mógłby zapytać: A co, jeśli nie liczy się na żadne laury, ale po prostu chce się spróbować? Tak dla zabawy? Dla funu? Dla pełnego przeżywania wydarzenia, które dotychczas obserwowało się wyłącznie z punktu widzenia publiczności? Odpowiem mu, że taką zabawę może wsadzić sobie do kieszeni. Byle głęboko. Od próbowania są zawody treningowe, których w ostatnich miesiącach mamy naprawdę pod dostatkiem. Można więc uszanować swojego psa oraz innych startujących, a na oficjalne zawody wybrać się z przygotowanym psem.

*

Dlaczego się tak oburzam, jakby zaraz miała mi pęknąć żyłka? W końcu sporty kynologiczne to tylko hobby, sposób na oderwanie się od szarej rzeczywistości, a nie sprawa życia i śmierci.

Nie do końca. Często dla psów uprawiana dyscyplina jest całym życiem. Plastikowy krążek szybujący po niebie mógłby z powodzeniem przysłonić im cały świat. Na widok tunelu szybciej zaczyna bić im serce. Możliwość pobiegnięcia do kwadratu jest lepszą nagrodą niż najpyszniejszy smakołyk czy najfajniejsza zabawka. Dlatego sądzę, że jednym ze sportowych fundamentów jest szacunek wobec psa oraz idąca za nim dbałość o jedno dobrostan psychiczny i fizyczny. A start w zawodach to niemałe obciążenie.

Przede wszystkim, obciążeniem może być dla psa sam przewodnik, bo powiedzieć, że start to tylko tak dla zabawy to jedno, a faktycznie podejść do niego na luzie – zupełnie coś innego. To drugie wymaga ogromnej dojrzałości, psychicznej siły i sporego doświadczenia. Widziałam całkiem sporo zawodników, którzy w momencie wejścia na ring – mimo braku przygotowań – zaczynali oczekiwać od psa aby zrobił ćwiczenia, których nie umie, a gdy mu się to nie udawało byli źli i zawiedzeni. Chyba nie muszę mówić, jaki obraz oficjalnych startów w głowie kształtuje taka postawa.

Brak przygotowań to także większe ryzyko kontuzji. Psy podczas startu dają z siebie wszystko i mimo roztrenowanych mięśni, nieprzyzwyczajonych do charakterystycznego dla danej dyscypliny wysiłku robią co się im każe – o uraz naprawdę nietrudno.

Wreszcie, decyzja o starcie z nieprzygotowanym psem jest nie fair wobec innych zawodników. Bo pies nie udźwignie psychicznie swojego występ i ucieknie z pola, tym samym niszcząc start komuś innemu. Bo zamiast wytrwać w ćwiczeniu grupowym pójdzie “zwiedzać” po przygotowanych kolegach, doprowadzając do spięcia i być może psując ćwiczenie temu drugiemu zwierzęciu na długie miesiące.

Nie ma co chwalić się startem w zawodach z nieprzygotowanym psem. Nawet jeżeli tym razem się udało. Brak odpowiedzialności wobec swojego, przecież ukochanego zwierzęcia i brak szacunku wobec innych zawodników to nie jest powód do dumy. Tak, również wtedy gdy na wszystkich patrzy się z wysokości pierwszego miejsca na podium. Zwłaszcza, gdy Twój pies jest jeszcze młody i niedoświadczony.

*

Tę litanię z pewnością można by ciągnąć jeszcze długo, a wielu z nas z autopsji zna przykłady, które należałoby dorzucić do niechlubnej listy. Myślę jednak, że całość z powiedzeniem można zamknąć w tym punkcie, w krótkich, żołnierskich słowach. Bądź odpowiedzialny. Podobają Ci się sporty kynologiczne? Chcesz startować? Trenuj, do cholery!

  2 komentarze do tekstu: „Sporty kynologiczne. Trenuj, do cholery!

  1. Avatar
    7 listopada 2019 at 12:34

    borze szumiący , ponad rok, ROK!, 2 razy w tygodniu jeździmy z Bu na agilitki. Mogłybyśmy spokojnie wystartować w jumpingach, nawet w treningowych „zerówkach”.
    Ale uważam, że Bu brakuje jeszcze dziebko do startów, że za bardzo się stara, żeby przeze mnie, bo to ja najbardziej nie czuję się jeszcze na siłach na start, psuć jej przebieg. Sprawiać, że biedne piesku się postara na 120% , bo już wiem, że na zawodach daje z siebie wszystko, a zepsuty przebieg może będzie DLA NIEJ czymś niefajnym.
    Plan mam wystartować na wiosnę. W treningowych. Małych. Żebym ja podołała i dowlokła się do poziomu mojego psa 😀
    Nie ogarniam jak można robić cokolwiek na hurra i bez przygotowania. Chyba tylko dla głupiego „fejmu” :/

    • Pies do kwadratu
      Pies do kwadratu
      7 listopada 2019 at 12:52

      Bardzo szanuję takie odpowiedzialne podejście! <3
      Swoją drogą, myślę, że w startowaniu z nie do końca przygotowanym psem bardzo ważne jest nastawienie przewodnika. Ja na przykład bardzo długo zwlekalam z debiutem w 2. klasie obedience, bo mój pies nie umiał patyków. Miał opanowane wszystkie pozostałe ćwiczenia, z powodzeniem mogłabym więc wystartować wcześniej i uzusykując wysokie noty za inne ćwiczenia nawet z 0 za patyki dostać ocenę doskonałą i wymarzony awans do trójki. Widziałam jednak, że jeżeli Gambit zarobi 0 na oficjalnych zawodach to mnie to strasznie trzepnie po mózgu w czasie przebiegu , on to odczuje, a tym samym na kolejnych ćwiczeniach oboje będziemy w słabej kondycji psychicznej - dlatego wolałam poczekać. Widzę natomiast sporo odwrotnych działań. Startuje się mimo braków. I to jest ok, o ile przewodnik naprawdę jest na tyle dojrzały psychicznie i mocny w swojej głowie, żeby nie dać psu odczuć swojego rozczarowania. Zwykle jednak, niestety, nie jest. I naprawdę nie raz widziałam ludzi, którzy przyjeżdżali na zawody z psem, który jakiegoś ćwieczenia nie umiał, wiedzieli o tym, a mimo to zawody tak bardzo siadały im na mózg, że byli swoimi psami mega rozczarowani gdy tego ćwiczenia nie robiły. I tak właśnie buduje się złe skojarzenia z zawodami, które przecież dla psa powinny być czymś fajnym, a nie ogromnym stresem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.